Death Valley

Vom heissen Las Vegas ging es am Freitag ins noch heissere Death Valley. Dieser Park ist riesig und so ziemlich kahl. Dafür waren die Stein und Felsformationen farbenfroh. Wir verbrachten die meiste Zeit im Auto da es ca. 47°C im Schatten war und der Wind auch nicht kühler war. Man kam sich vor wie in einem Ofen. Hier ist auch der tiefste Punkt der USA, 86 Meter unter dem Meeresspiegel.
Vom “Dantes View” hatte man eine wunderbare Aussicht über das Tal und die Berge. Bei “Badwater” hatte es ein wenig Wasser, wirklich nur wenig. Der Name kommt vom versalzenem Wasser. Was die ersten Siedler schnell merkten als Pferde und Menschen starben weil sie das Wasser getrunken hatten.
Es war so heiss, dass unsere Doubles ein Hitzeschlag bekamen….
Anschliessend fuhren wir eine lange Strecke bis nach Flagstaff in Arizona zu unserem Motel. In Williams machten wir noch einen Halt um das Nachtessen zu geniessen. STEAK! Hier schien die Zeit stehen geblieben zu sein. Die Historische Route 66 führt durch das Dorf und man sah noch die alten Tankstellen und auch alte Fahrzeuge. Zudem war an diesem Wochenende auch eine Biker Party angesagt. Viele Biker wie man sie vom Fernsehen kennt; langer Bart, Sonnenbrille im Gesicht und eine laute Harley unter dem Arsch, yeah, so muss es sein.

Ze światowej stolicy kiczu udaliśmy się prosto do piekła. Dolina Śmierci to najgorętsze miejsce w Ameryce Północnej. Podczas naszej wycieczki temperatura dochodziła do 116 stopni w skali Farenheita, czyli 47 (!) stopni Celsjusza. Dlatego dolinę zwiedza się głównie zza szyby samochodu, da się wyjść góra na kilka minut, żeby cyknąć fotkę. Miejsce jest niesamowite, można tam śmiało kręcić horrory – spękana ziemia, sól, piach, gdzieniegdzie pojedyncze skały. Nie ma się co dziwić, że wszystko tam kojarzy się z najgorszym (są m.in. Pogrzebowe Góry, Trumienny Szczyt i Diabelskie Pole Golfowe). Gwóźdź programu to Badwater (Zła Woda – tzn. ekstremalnie zasolona), czyli najniżej położone miejsce w Ameryce Północnej (86 metrów poniżej poziomu morza). Naprawdę można tam wyzionąć ducha po krótkiej przechadzce (jeden Japończyk uciekł z krzykiem, kiedy poprosiliśmy, żeby przystanął na chwilę i zrobił nam zdjęcie ;)). W dolinie spędziliśmy dobrych kilka godzin, po czym ruszyliśmy w bardziej przyjazne dla człowieka rejony, czyli do Arizony. Kiedy późnym wieczorem dotarliśmy do Flagstaff, bazy wypadowej do Wielkiego Kanionu, temperatura była o połowę niższa niż ta, której doświadczyliśmy zaledwie kilka godzin wcześniej. Pojawiły się też drzewa (i nie były to palmy) ;) Ten ekstremalnie trudny dzień (12 godzin w drodze), zakończyliśmy w sercu historycznej Drogi Matki, Route 66. Zupełnie przypadkiem trafiliśmy do małej miejscowości Williams, gdzie akurat zjechali się harleyowcy :) Mieścina wygląda tak, jakby czas zatrzymał się tam w latach 60. minionego wieku. W sklepie z pamiątkami obsłużył nas Elvis, a w barze na starej stacji benzynowej zjedliśmy potężne i wyśmienite steki, słuchając podstarzałego rock’n’drollowca dającego czadu na gitarze. A Thomas nie mógł oderwać wzroku od starych Fordów, Caddilaców i Chevroletów ;) To jest Ameryka, jakiej szukaliśmy! Choć wciąż czujemy się tutaj jak w filmie ;)

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s