About Agnieszka Kamińska

Polka na (ponownej, nieprzymusowej) emigracji, dziennikarka, blogerka, podróżniczka. Chcę pomóc sobie i innym ogarnąć szwajcarską rzeczywistość. W Winterthur od 2014 roku.

How to eat crab and the other American food stories

Trzy lata temu, podczas naszej pierwszej wyprawy do Stanów, był osobny post Thomasa o autach. Tym razem będzie mój o jedzeniu. Bo południowo-wschodnie USA to kulinarne zagłębie. Zapomnijcie o burgerach i stekach! Przed Wami prawdziwa uczta multi-kulti. Przy okazji polecamy kilka sprawdzonych miejsc, gdyby ktoś kiedyś był akurat w pobliżu.

fullsizeoutput_75f

Jeśli wybrzeże Florydy, to oczywiście ryby i owoce morza. Jako pierwsze moje ukochane Ceviche, czyli sałatka z surowej ryby, zamarynowanej w limonce i przyrządzonej z dodatkiem cebuli, papryczki czili i (ta akurat wersja) awokado. Do tego kieliszek świeżego Sauvignon Blanc, widok na wodę i jest idealnie :) Zdjęcie zrobione w St. Petersburgu, nazwy miejsca niestety nie pamiętam, ale chwalili się, że są jedyną restauracją na przystani ;)

Zostańmy przy owocach morza. Burger z ostryg (to już Savannach, więc stan Georgia, ale wciąż blisko wybrzeża Atlantyku) w Tubby’s Seafood (duży plus za ceny, lokalizację i swojski klimat), ciastko krabowe – wyglądało ładniej niż smakowało, ravioli z homarem – ciekawe, choć jak dla mnie zbyt mdłe i na koniec królowa balu na South Beach w Miami – paella z owocami morza (to wielkie na środku to krab), którym objadłaby się pięcioosobowa rodzina i której zjedzenie kosztowało nas bardzo dużo umiejętności manualnych (swoją drogą – nigdy nie idźcie na kolację na Ocean Drive po zmroku, to kosztuje zbyt wiele nerwów i pieniędzy..).

Jak Miami, to wiadomo – kubańska kuchnia, czyli dużo mięsa i frytury. Raczej nie mój gust, ale oczywiście musiałam spróbować. Krokiety z kurczakiem, szynka i serem oraz Ropa Vieja, czyli coś w stylu gulaszu z poszatkowanej wołowiny w sosie ze świeżych pomidorów (smaczne, dobrze przyprawione) w restauracji Sazon na North Beach w Miami (obsługa bardzo miła, choć trudno się dogadać po angielsku, przyzwoite ceny). Tacos z wołowiną i awokado oraz słynna kanapka kubańska z kapustą kiszoną, mięsem i serem, więc czułam się trochę, jakbym była z powrotem w Szwajcarii ;) Oczywiście do każdego dania margarita leje się strumieniami ;) A i jeszcze obowiązkowo kubańskie śniadanko – empanadas, czyli smażone lub pieczone pierożki z nadzieniem i słodkie churros.

Skoro jesteśmy przy margaricie.. Ponieważ często byliśmy w drodze po kilka-kilkanaście godzin, a drogi w tej części Stanów nie są tak fascynujące jak na zachodnim wybrzeżu, jako pasażer musiałam sobie jakoś radzić :) I tak odkryłam margaritę w puszce. Daleko jej oczywiście do real thing, ale do sączenia w aucie nadaje się znakomicie. Są różne smaki, choć truskawkowa smakowała mi najbardziej. Dodam tylko, że jest też wersja litrowa.. ;P

IMG_7476

Moje kolejne odkrycie – czipsy z platana. Mmmmmm. Pycha! Niestety były tylko na Florida Keys, szukałam później w innych miejscach i nie znalazłam :(

Opuśćmy na chwilę wybrzeże i przejdźmy do konkretów – Georgia i Tennessy. Te dwa stany to kraina mięsa. Rządzą tu barbecue, fried chicken, steaks & ribs. Oczywiście nie można tego jeść codziennie (choć sporo Amerykanów to robi i jakoś żyją), ale warto spróbować, żeby dowiedzieć się, jak powinno się przyrządzać mięso. Trzy miejsca, które polecam – Gus’s World Famous Hot&Spicy Fried Chicken w Memphis (jest naprawdę hot i spicy!), Ted’s Montana Grill w Atlancie (burgery z bizona!) oraz prawdziwa uczta dla żeberkojadów – Sticky Fingers – sieciówka, ale tak dobrych żeber to ja jeszcze chyba nie jadłam, wymiękają nawet te z Memphis, które jadał Elvis ;) We wszystkich trzech miejscach dużo lokalsów, co zawsze jest dobrą rekomendacją.

fullsizeoutput_75c

Być w Nowym Orleanie i nie zjeść jambalayi, to jak być w Krakowie i nie spróbować zapiekanki z Placu Nowego :) Specjalność kuchni kreolskiej i cajunskiej to ryż z pikantną kiełbaską (są różne wersje) i dodatkami, tj. kurczak czy krewetki. Bardzo smaczne i sycące. Naszą jambalayę zjedliśmy w restauracji Maison na Frenchmen Street. Najlepiej smakuje z muzyką na żywo :)

Wróćmy jeszcze na chwilę do kraba.. To było zdecydowanie największe wyzwanie kulinarne, głównie od strony technicznej. Dostaliśmy fartuszek, nożyk i rolkę papieru kuchennego. I michę wypełnioną skorupiakami :) I radź tu sobie teraz człowieku.. Był fun, była wyżerka, zostały nowe umiejętności i ukradziony z Joe’s Crab Shack nożyk do otwierania kraba ;) Peace, love & crabs!

fullsizeoutput_75e

Z serii jedzenie, które wydaje się dziwne i paskudne, ale okazuje się całkiem smaczne – prażona świńska skóra.. Smakuje jak czipsy bekonowe ;)

Deseeery, nasze guilty pleasure.. Ameryka słynie z cheesecake’ów, można je spotkać w setkach różnych wersji. Nasze ulubione – red velvet, czyli ciasto barwione burakiem oraz specjalność z Florida Keys, choć serwują je praktycznie wszędzie na Florydzie i w okolicach – Key Lime Pie, czyli tarta cytrynowa. Palce lizać!

I na koniec – słynne amerykańskie śniadania! Pankejki, omlety, bajgle.. ja zakochałam się w waflach z masłem orzechowym z Waffle House (kocham Amerykanów za wszystko, co robią z masłem orzechowym!).. Efekt – dodatkowe kilogramy, ale za to jakie szczęśliwe!:D

 

 

 

Advertisements

Historic South: Charleston

IMG_5254

In Charleston fanden wir ein Hotel am Patriots Point, auf der anderen Seite der Bucht. Vom Restaurant hatte man einen herrlichen Blick auf den Flugzeugträger USS Yorktown und den Zerstörer USS Laffey. Für manche ist diese Aussicht vielleicht störend aber für mich war es faszinierend so nahe an einem Flugzeugträger zu sein.
Am Abend genossen wir das Nachtessen von der Terrasse des Restaurants mit Sicht auf die Schiffe und auf Charleston.
Am Morgen gingen wir als erstes die Schiffe besichtigen. Wie immer musste man Eintritt bezahlen, aber die 25 Dollar lohnen sich. Wir gingen nur auf den Flugzeugträger da wir später auch noch die Stadt besichtigen wollten. Ein Paar Daten zum Schiff: In Betrieb genommen 1943, 268m lang, 45m breit, 2600 Mann Besatzung, 80 – 100 Flugzeuge, 150’000PS. Eingesetzt im 2. Weltkrieg im Pazifik, später im Koreakrieg und Vietnamkrieg. Sicher ein grosses Highlight war auch der Einsatz im Apollo 8 Mission wo die Kapsel mit den Astronauten im Pazifik geborgen wurde. Sie waren die ersten Astronauten die den Mond umrundeten und wieder Gesund zurück kamen.
Im Schiffshangar wurde man Begrüsst und man erklärte uns wo was ist. Es gab verschiedene Wege die man auswählen konnte und gut mit Pfeilen gekennzeichnet sind. Man konnte sich also nicht verlaufen. Schon Beeindruckend das so viele Leute auf so engen Raum leben konnten. Es gab auch fast alles auf dem Schiff, sogar eine Bar und Kiosk wo sich die Soldaten mit dem nötigsten (Alkohol, Zigaretten) eindecken konnten. Auf dem Flugdeck und dem Hangar wurden auch viele Historische Flugzeuge ausgestellt.  Zum Beispiel: Die F-8 Crusader, erstes Düsenflugzeug auf einem Flugzeugträger eingesetzt, F-14 Tomcat, legendär und bekannt durch “Top Gun”, B-25 Bomber.
Das U-Boot USS Clamagore besuchten wir auch noch. Wir waren noch nie in einem U-Boot und wie vermutet ist es sehr eng im Innern. Wir gingen im Frontbereich rein und kamen im Heck wieder raus. Auch hier ein paar Daten: In Betrieb genommen 1945, 98m lang, 8,3m Durchmesser, 4 Motoren (V16 Diesel) die Generatoren Antrieben für Antrieb und alles andere. Für Leute mit Platzangst nicht zu empfehlen. Verrückt wie hier 80 Leute leben und arbeiten konnten auf 98 Meter länge…. Die Soldaten im Torpedoraum hatten dort auch Ihre Betten z.B.
Es ist das letzte Diesel U-Boot in seiner Klasse das noch existiert. Nach 2 Stunden verliessen wir die Schiffe und fuhren mit dem Hotelshuttle nach Charleston Downtown.

Auch Charleston hat ca. die Grösse von Winterthur. Sie war die Drehscheibe des Sklavenhandels der britischen Kolonien. Hier begann nach dem Beschuss der Konföderierten auf Charleston der Amerikanische Bürgerkrieg und nach einem Erdbeben 1886 wurde die ganze Stadt wieder aufgebaut. Und wie! Die Häuser mit Ihren Säulen und Veranden sind wunderschön. Hier ist der Reichtum der Besitzer noch besser sichtbar als in Savannah. Jedes Haus hatte etwas spezielles und einzigartiges. Leider sind auch viele Häuser zum Verkauf, die Krise ist immer noch spürbar. Auch ist Charleston unter den 10 gefährlichsten Städten in den USA. Die Verbrecherrate war 2009 bei 824 pro 100’00 Einwohner. Uns ist aber nichts aufgefallen und fühlten uns immer sicher. Wir schlenderten durch die Stadt und saugten die vielen Eindrücke auf. Zu Fuss sieht man am meisten, es hat aber wie überall diese Touristen Busse wo der Fahrer auch viel zu erzählen hat.
Gegen Abend nahem wir das Wassertaxi zurück zu unserem Hotel. Am zweitletzten Abend gönnten wir uns nochmals Spare Ribs im Sticky Fingers Ribhouse. Es war seeeeehr gut und wir genossen es.

Am nächsten Tag fuhren wir zurück nach Atlanta das uns mit Regen und 17 Grad begrüsste. Am Abend erfuhren nach dem einchecken das unser Flug von Atlanta nach Toronto gelöscht wurde. Nach einem Telefonanruf mit Air Canada sind wir umgebucht worden auf einen Flug mit Delta der knapp 2 Stunde später war als unser ursprünglicher. Komisch, da Air Canada sagte der Flug wurde gestrichen wegen schlechtem Wetter. Delta hat wohl bessere Flugzeuge….
Da der Flug von Toronto in die Schweiz um 18:35 startet hatten wir kein Problem da wir um 15 Uhr etwa in Toronto landen sollten. Sollten wir. Aber Der Flug hatte 2 Stunden Verspätung wegen schlechtem Wetter! Beim Landeanflug mussten wir auch noch ein paar Runden in der Luft drehen bis wir endlich in Toronto landen konnten. Wir hatten noch 45 Minuten Zeit bis Boarding um 17:45. Das Problem war, wir mussten unsere Koffer vom Band holen, durch die Passkontrolle und wieder neu das Gepäck aufgeben mit Sicherheitskontrolle und Passkontrolle. Wir waren nach dem langen Tag müde und wollten noch unseren Flug erreichen. Kapputt sassen wir 18:15 in unseren Sitzen und 10 Minuten später startete der Flug.

Am Samstag morgen um 8 Uhr landeten wir glücklich in Zürich. Trotzdem waren wir auch traurig dass die 3 Wochen so schnell vorüber gingen. Gefühlt war es nur eine Woche.

 

 

Charleston – najstarsze miasto w stanie Południowa Karolina i ostatni przystanek naszej wyprawy. Dawnej, na cześć angielskiego króla, nazywało się Charles Town. To tu niedaleko, w forcie Sumter, padły pierwsze strzały w wojnie secesyjnej, a port w Charleston był największym centrum handlu niewolnikami.

Zatrzymaliśmy się w Mt. Pleasant, w marinie po drugiej stronie rzeki (a właściwie połączenia rzek Ashley i Cooper), gdzie krajobraz zdominowały przycumowane tam wielkie wojskowe maszyny: lotniskowiec Yorktown, niszczyciel Laffey i Uboot Clamagore. Oczywiście, pierwsze co zrobiliśmy następnego ranka, to poszliśmy przyjrzeć im się bliżej. Nie jestem fanką takich militarnych zabawek i niewiele o nich wiem, ale mimo to była to dla mnie spora atrakcja, choć nie aż taka, jak dla mojego męża ;)

Na początek kilka faktów: Yorktown służył amerykańskiej armii od 1943 r., głównie podczas II wojny światowej na Pacyfiku, później w czasie Wojny Koreańskiej i w Wietnamie. Długi na 268m, szeroki na 45m, mógł pomieścić 2600 osób i do 100 samolotów. Odegrał też ważną rolę w misji kosmicznej Apollo 8, którego kapsułę  z astronautami w środku wyciągał z oceanu. Powiedzieć, że statek jest ogromny, to jak nic nie powiedzieć :) Można po nim chodzić godzinami, a i tak nie jest się w stanie obejrzeć wszystkiego. Warto posłuchać wskazówek pracujących tam weteranów-przewodników i wybrać dwie-trzy interesujące nas wycieczki tematyczne. Inaczej można się tam zgubić. ‘Must see’ są oczywiście stojące na płycie lotniskowca legendarne samoloty wojskowe, m.in. F-8 Crusader, pierwszy ponaddźwiękowy myśliwiec pokładowy, F-14 Tomcat, znany szerszej publiczności z filmu “Top Gun” czy B-25 Bomber. Dla mnie ciekawie było też zobaczyć, jak na takim lotniskowcu funkcjonowali na co dzień żołnierze – było tam właściwie wszystko – bar, kiosk (wciąż stoi tam tablica z ówczesnymi cenami coli czy papierosów), kantyna, pralnia, kaplica, a nawet więzienie.

Wstęp na Yorktown kosztuje 25 dolarów i obejmuje też zwiedzanie niszczyciela i Uboota. To właśnie ten ostatni zainteresował mnie najbardziej :) Jak oni byli w stanie żyć w tej metalowej puszce? 80 chłopa. Pod wodą. Ja już przy wejściu miałam atak klaustrofobii. A niektórzy z nich spali na pryczach nad torpedami! Super sprawa pochodzić po takim uboocie! Szkoda tylko, że stoi i rdzewieje w wodzie, powinni go wystawić gdzieś w suchym doku.

Charleston.. Wille bogatych plantatorów nadają charakter miastu, ich przepych jest nie do opisania. Piętrowe werandy, kolumny jak na Akropolu, rzeźbione elewacje, pastelowe kolory, palmy w ogrodzie.. Miasto nieźle się musiało dorobić swego czasu na wojnie i niewolnikach. Widać jednak, że kryzys finansowy przyćmił nieco dawną świetność. Wiele domów stoi pustych, sporo jest wystawionych na sprzedaż. Ot taka wydmuszka, która robi wrażenie na turystach. O wiele bardziej urocza jest Rainbow Row, uliczka z kolorowymi domami z połowy 18. wieku. Byliśmy też w Battery Park, który teraz jest spacerową promenadą, a dawniej był polem obrony linii brzegowej, można tam obejrzeć elementy artylerii z czasów wojny secesyjnej, jest też park z pomnikami wojennych bohaterów. Centrum miasta to z kolei jeden wielki rynek dla turystów. Coś, jak krakowskie Sukiennice, tylko o wiele brzydsze. Ogólnie, Charleston jako miasto nie zachwyca, ale jego bogata historia czyni to miejsce zdecydowanie godnym uwagi.

Wieczorem ostatnia (no dobra, przedostatnia) amerykańska uczta – żeberka w Sticky Fingers, lokalnej knajpie w Mt. Pleasant, chyba najlepsze jakie jadłam w życiu :) Następnego dnia wyruszyliśmy z powrotem do Atlanty. Ok. 5 godzin drogi i.. szok termiczny.. 11 stopni i deszcz.. brrrrrr. Co za miła odmiana po trzech tygodniach upałów ;) Ostatni wieczór w USA spędziliśmy z przyjaciółmi, jedząc burgery z bizona, choć dobry humor zepsuły nam Air Canada odwołując z powodu złej pogody nasz lot z Atlanty do Toronto.. Tak zaczął się nasz koszmarny powrót do domu. Opóźnione loty, czekanie, czekanie, czekanie, brak miejsc w samolocie, stres, bieg do bramki w Toronto.. Jak wsiedliśmy do samolotu do Zurychu, mieliśmy dosyć (poprosiłam od razu o dwie butelki wina ;)). Po prawie 20godzinnej podróży, w sobotę rano, dotarliśmy do domu. I wpadliśmy w wir prania, sprzątania, załatwiania spraw itp. Wszystko, żeby tylko nie iść spać ;) Mnie jetlag o wiele bardziej męczył w tamtą stronę, Thomas największy kryzys miał dzień po powrocie, przespał większość niedzieli. Mnie na szczęście planowanie kolejnych wyjazdów nie pozwoliło za bardzo się nad sobą rozczulać :)

Wkrótce podsumujemy nasz USTrip2017! Bądźcie czujni :D

 

 

Historic South: Savannah & Middleton Place

IMG_5114

Z powrotem w stanie Georgia. Savannah. Miasto wielkości naszego Winterthur. Werandy z krzesłami na biegunach – tak je zapamiętam. I zieleń! To jedyne miejsce w Stanach, poza Louisianą, gdzie rosną drzewa moss (po polsku oplątwa brodaczkowa ;)), wiszące nisko nad ulicami swoimi puchatymi włoskowatymi nibyliśćmi. Savannah była brytyjską kolonią, co wciąż widać w jej bardzo europejskim planowaniu (w ogóle jest to pierwsze planowo budowane miasto w Ameryce Północnej) – dziesiątki małych placyków, wille z czerwonej cegły, parki (24 w całym mieście) i pomniki. Dużo pomników, głównie bohaterów wojny secesyjnej, której miasto było jedną z głównych scen. Jest i polski akcent. W historii regionu zapisał się Kazimierz Pułaski, który w latach 1777-1779 walczył w szeregach armii Jerzego Waszyngtona i zginął w czasie oblężenia Savannah. Na Monterey Square stoi poświęcona jego pamięci kolumna.

W Savannah spędziliśmy tylko kilka godzin, ale to wystarczyło, żeby obejść centrum miasta. Piękny Forsyth Park z fontanną przypomina trochę warszawski Park Saski, z niezliczonych placyków, najczęściej odwiedzanym jest Chippewa Square, znany z filmu “Forrest Gump” (to tutaj Forrest przesiadywał na ławce z książką i swoim pudełkiem czekoladek). Co dziwne, miasto w ogólne nie wykorzystuje marketingowo tego faktu. Nie ma tu nawet ławki Forresta, która na pewno byłaby dużą atrakcją turystyczną. My znaleźliśmy się tam w dobrym czasie, żeby zobaczyć forrestowy performance aktora jednego z pobliskich teatrów. Pomachał nam, pozwolił cyknąć sobie zdjęcie i uciekł :)

Życie Savannah toczy się nad rzeką, gdzie cumują wielkie statki, jest wybrukowana promenada (Riverwalk), bardzo strome schody (Amerykanie, jak zwykle obawiając się procesów, ostrzegają, że wchodzisz na nie na własną odpowiedzialność ;)), sklepy, bary i restauracje. Architektura tu nieco posępna, budynki z brunatnej cegły, sprawiają wrażenie brudnych albo spalonych.. Nie ma mowy o żadnym pacykowaniu, jak to było w St. Augustine. Miasto po prostu chyba nie ma na to kasy. Najbardziej reprezentatywne wille kupiła szkoła, Savannah College of Art and Design i o nie dba. Reszta niszczeje. Savannah nie jest może opisywanym w przewodnikach hot spotem, ale zdecydowanie można poczuć tu atmosferę kolonialnego Południa.

Wieczorem złapała nas burza z ulewą. Pierwsza podczas tej wyprawy. Dobrze, że siedzieliśmy pod dachem, na werandzie jednej z restauracji nad rzeką, popijając lokalne piwo. Lokalny grajek śpiewał “Hotel California”, raz po raz niebo rozświetlały błyskawice, woda z nieba leciała wiadrami, jakaś starsza para ruszyła w taniec.. Takich chwil nie odda żadne zdjęcie, ale w głowie zostają pewnie na zawsze.

W drodze z Savannah do Charleston zatrzymaliśmy się na najstarszej zachowanej amerykańskiej plantacji (jest ich tu sporo, wszystkie położone wzdłuż pięknej Ashley River Road), którą wybudował sobie w 1741 roku (tzn., nie on, ale jego niewolnicy) ryżowy potentat i polityk z Południowej Karoliny Henry Middleton (stąd nazwa Middleton Place). Posesja jest ogromna i spektakularna. Geometryczne ogrody, jeziora wykopane tak, że z góry wyglądają, jak skrzydła motyla (!), kilkusetletnie dęby, wszystko bardzo zadbane, przycięte, trawka zielona, jak pomalowana.. Dom został zburzony podczas wojny secesyjnej, ostało się tylko jedno skrzydło.

Middleton zatrudniał na swojej plantacji stu niewolników, którzy zajmowali się nie tylko uprawą ryżu, ale też produkcją świec, mydła, stolarką, hodowlą zwierząt, no i oczywiście kopaniem tych wszystkich ogrodów.. Mieszkali w dwurodzinnych domkach, zarabiali 2 dolary, których nie dostawali jednak w gotówce, mogli jedynie wymienić na towary, jako jedni z nielicznych mieli własną kaplicę (Middleton uważał, że religijnych niewolników jest łatwiej kontrolować). Wszystko wygląda tutaj, jak dawniej.. Miejsce, które przenosi w czasie. Naprawdę warto spędzić tu choćby godzinę-dwie. Plus można pooglądać sobie forfitery z bliska ;)

Południe USA, a zwłaszcza okolice Południowej Karoliny, przesiąknięte jest historią niewolnictwa i wojny secesyjnej. Amerykanie na każdym kroku kultywują pamięć o tym czasie. Kolejnym punktem na trasie naszej historycznej części podróży jest Charleston, które jest również ostatnim miejsce na liście przed powrotem do Atlanty.

 

 

Savannah – Südstaatenflair

Savannah ist eine kleine Stadt 25 Kilometer von der Küste von Georgia entfernt. Sie war die erste Siedlung der englischen Kolonie Georgia. Es hat etwa die Grösse von Winterthur. Vor dem Bürgerkrieg einer der wichtigsten Hafen für Baumwolle in den Staaten neben Charleston.
Ein General im Bürgerkrieg, der von Atlanta bis Savannah eine Spur der Zerstörung hinterliess, schenkte die Stadt Präsident Lincoln als Geschenk. Deshalb ist sie wohl eine der am besten erhaltenstens Altstadt in den USA. Auch weil sich Anfang des 20. Jahrhunderts eine Gruppe bildete um die Stadt zu erhalten. Einige Besitzer verkauften das Haus, brachen es ab und es wurde ein Parkplatz gebaut. Einige Häuser gingen verloren doch dank dem Einsatz dieser Leute sind so viele noch zu sehen. Als grosse Hilfe erwies sich das Art und Design College in Savannah. Sie kauften viele Gebäude, retten sie und die Studenten haben über die ganze Stadt verteilt verschiedene, Geschichtsträchtige Schulhäuser
Wir machten uns zu Fuss auf den Weg um die Stadt zu erkunden. Es war die erste Stadt in den USA die zuerst geplant wurde und dann gebaut. Das spezielle sind die 24 Parks um die die Häuser gebaut wurden. In jedem Park hat es eine Statue, Brunnen oder sonst eine kleine Sehenswürdigkeit. Am Süden der Altstadt erstreckt sich noch der grösste Park von allen, der Forsyth Park mit einer schönsten Brunnen, sagt man.
Die Häuser sind alle wunderschön und viele Strassen sind gesäumt mit Bäumen. Auf denen wächst das sogenannte Louisianamoos. Dies gibt es sonst in den USA nur in Louisiana (New Orleans) und hier.
Savannah diente auch immer wieder als Filmkulisse. Unter anderem wurden Szenen von Forrest Gump hier gedreht. Im Chippewa Square stand die Bank auf der er sass und seine Geschichten erzählte. Die Bank steht leider nicht mehr dort. Sie wurde ins Museum in Savannah gestellt da der Besucherandrang im kleinen Park zu gross wurde. Trotzdem sahen wir Forrest an diesem morgen auf einer anderen Bank sitzen und winkte uns zu. Ein Schauspieler des nahegelegenen Theaters spielte ihn täuschend echt nach….

Das Leben spielt sich aber am Riverwalk ab. Dort sind die meisten Restaurants und Bars. Auch die Flussfahrten starten dort mit schönen Schiffen mit grossen Schaufelrädern hinten. Diese dienen aber nur noch mehr der Optik, der Antrieb ist konventionell mit Schraube.
Auch eine Gedenkstätte für die Soldaten aus der Region, die im 2. Weltkrieg gedient hatten ist dort. Eine Weltkugel die gespalten ist und alle Namen aufgelistet und wo sie gedient haben.

Am nächsten Tag fuhren wir nach Charleston, unserer nächsten Destination. Unterwegs besuchten wir eine von drei Plantagen am Ashley River nähe Charleston. Wir entschieden uns für die Middleton Plantage. Sehr gross, wirklich sehr gross (45ha) Dort wurde nicht Baumwolle angepflanzt sonder Reis. Auch Seife wurde hergestellt. Wir benötigten gute 2 Stunden um das Gelände zu erkunden.
Der Garten ist das Highlight. Von englischen Gärten inspiriert und Geometrisch angelegt. Viele Wege die zu versteckten Gärten hinter hohen Hecken führten, traumhaft. Das Haupthaus existiert leider nicht mehr. Als die Konföderierten Truppen ankamen zündeten sie es an. Der Rest der noch stehenblieb wurde bei einem Erdeben später noch komplett dem Erdboden gleich gemacht. Ein Seitenteil wurde später von Nachfahren der Familie wieder aufgebaut.
Auch zu sehen von wo und wie die etwa 100 Sklaven!! arbeiteten und lebten. Ein Sklavenhaus konnte man besichtigen. Ein Zweifamilienhaus mit nicht so viel Platz. Dort auch beschrieben von wo und wie die Sklaven nach Amerika kamen. Ein trauriges Kapitel und heute noch nicht einfach zu verstehen.
Viele Tiere hatte es auch wie auf einem Bauernhof. Kühe, Pferde, Schweine, Schafe, Ziegen, Wasserbüffel??? und Alligatoren!!! Letztere eher klein, aber die Mama war sicher auch irgendwo.

Nun sind wir auch schon Charleston.

St. Augustine – the oldest town in USA

Ostatni przystanek na Florydzie – St. Augustine. Założone przez Hiszpanów w 1565 r. miasto jest najstarszą europejską osadą w Stanach Zjednoczonych. I oczywiście wszystko tu jest stare, choć ładnie odrestaurowane, tak, że wygląda, jak nowe :)

St Augustine było przez ponad 200 lat stolicą Florydy, potem weszli tu Brytyjczycy, a następnie pojawił się pan Henry Flagler, magnat naftowy (ten od kolei z Miami do Key West), który przyjechał kiedyś do miasta i nie miał się gdzie zatrzymać, więc wybudował tam potem trzy ekskluzywne hotele. W jednym z nich, hotelu Ponce de Leon, gościły w tamtych czasach takie persony, jak m.in. Theodore Roosevelt czy Mark Twain. Teraz w budynku znajduje się college.

Miasteczko jest mocno hiszpańskie i trochę trąci folklorem, ale warto się tam na chwilę zatrzymać, choćby po to, żeby zobaczyć inną architekturę, niż na południu Florydy i zjeść smaczną kanapkę w hiszpańskiej piekarni. No i najstarsze, wiadomo, to zawsze pobudza wyobraźnię turysty ;) Aha, i namierzyłam tam polsko-grecką kawiarnię (?!) :P

St. Augustine, die älteste Stadt in den USA. Gegründet am 28. August 1565 am Gedenktag des heiligen Augustinus von Hippo, nach dem die Siedlung San Agustin gegründet wurde.
Es ist noch viel zu sehen vom spanischem Einfluss. Die Stadt wurde durch Sir Francis Drake niedergebrannt, durch Piraten geplündert und von britischen Streitkräften bekämpft. Sie konnte aber bis heute überleben.
Im 19. Jahrhundert bekam die Stadt durch  den Industriellen Henry Flagler Aufschwung. Er ist massgeblich am am Ausbau und Aufschwung der Ostküste von Florida beteiligt. Er hat mehrere Hotels gebaut und die Eisenbahnlinie bis nach Key West realisiert. Ein Hotel in St. Augustine ist sogar ein Bestandteil des Flagler College. Dank der Eisenbahn wurde auch Miami 1896 mit 502 Einwohnern gegründet.
St. Augustine hat viel Sehenswerte Gebäude und man kann viel schöne Häuser aus verschiedenen Zeitepochen bewundern. Wir nehmen viele schöne Eindrücke mit von dieser Stadt.

 

Space days – Cape Canaveral

IMG_7562

Kennedy Space Center, wieder ein “must see” in Florida.
Am Sonntag um 7 Uhr am Morgen war ein Start einer Rakete angekündigt. Wir standen also um 4 Uhr auf und machten uns auf den Weg von Stuart nach Titusville. Von dort hat man eine gute Sicht auf die Startplattform. Zuerst wollten wir an den Playalinda Beach wo viel näher ist, aber seit ein paar Jahren kann man dort nicht mehr hin während einem Start.
Wir warteten also auf den Start doch 1:30 Minuten vor dem Start gab es ein Startabbruch wegen einem Sensorwert der nicht in der Toleranz war. Nächster Start am Montag um
7 Uhr. Wir beschlossen es dann nochmal zu versuchen. Wann hat man schon die Möglichkeit einen Start einer Rakete live zu verfolgen?

Nach einem Frühstück machten wir uns auf den Weg zum Kennedy Space Center. Eintritt kostet 50 Dollar aber es lohnt sich. Gleich nach dem Eingang gibt es einen “Rocketpark” mit verschiedenen Raketen in Originalgrösse. Als erstes machten wir eine Bustour über das Gelände mit Stopp im Appollo/Saturn Center wo die ganze Geschichte der Appollo Flüge inklusive Mondlandung gezeigt wird. Die fahrt im Bus war beeindruckend. Die Grösse des Geländes, einer mobilen Startplattform wo die Raketen zum Startplatz gefahren werden und die Halle wo die Raketen vorbereitet werden ist Wahnsinn. Die Halle ist eine der grössten freistehenden Hallen der Welt. Wir sahen auch einige Alligatoren in den Kanälen. In den Everglades sahen wir keine. Es genügt also das Space Center zu Besuchen um alles zu sehen.
Im Apollo Center war eine Saturn 5 Rakete aufgestellt so dass man die Grösse wahrnehmen konnte. Es gab viel interessantes zu sehen und die ca. 1,5 Stunden vergingen wie im Flug.
Zurück im Space Center die nächste Attraktion, das Space Shuttle Gebäude. Steht doch da wirklich die originale Raumfähre Atlantis im Haus. Auch hier wird einem alles über die Entstehung und Geschichte des Space Shuttle Programms erklärt. Alle Shuttles mit deren einzelnen Historie. Für Gamer hat es in allen Bereichen auch spiele wie zum Beispiel Shuttle landen, Raumfähre an Raumstation andocken usw. Für Kinder also auch empfehlenswert.
Das Marsprogramm wurde auch noch in einer eigenen Halle vorgestellt. Dies wird sich zeigen in der Zukunft ob es mal funktioniert einen Menschen auf den Mars zu fliegen. Die NASA hat es jedenfalls vor….
Es gab noch einiges mehr wie die Helden- und Legendenhalle. Dies interessierte uns aber weniger.

Zum Übernachten fuhren wir nach Daytona Beach. Vorbei am Speedway zu unserem Hotel direkt an der Beach. Auf dem Speedway kann jedermann fahren für ,je nach dem was er will, bis zu 2000 Dollar. Dies liessen wir aber bleiben mit unserem Mietwagen.
An der Beach windete es sehr fest so dass wir eine kleine Pause gönnten bevor wir essen gingen. Wir mussten ja auch wieder um 5 Uhr aufstehen für den Start der Rakete.

Um 7 Uhr standen wir wieder am gleichen Ort bereit und hofften auf einen Start. Punkt 7:15 Uhr hob sie ab und wir filmten und fotografierten so viel wie möglich. Es waren ein paar Kilometer Distanz dazwischen, trotzdem gelangen uns ein paar gute Fotos. Wie es war? WOW!!! Es ging alles schnell, trotzdem wir haben die Rakete ziemlich lange am Himmel verfolgen können. Durch die Distanz kam das Geräusch der Rakete mit Verzögerung an, Bummm.
Nach 9 Minuten kam die 1. Stufe der Rakete wieder zurück und landete wieder am Boden. Sie kann wiederverwendet werden und soll so Geld sparen. Dies die Besonderheit der Falcon 9 Rakete von der Firma SpaceX. Diese gehört auch Elon Musk, dem Gründer von Tesla Automobilen. Es war das erste mal das SpaceX einen US Militärsatelliten ins All beförderte.
Dieses Ereignis zusammen mit dem Besuch im Space Center hat mich sehr beeindruckt und ich werde noch lange daran denken.


Ostatnie dwa dni spędziliśmy w kosmosie! A dokładniej, na Przylądku Canaveral, gdzie działy się i wciąż dzieją wszystkie najważniejsze kosmiczne historie. Obowiązkowo planowaliśmy odwiedzić Kennedy Space Center (KSC). Nie wiedzieliśmy natomiast, że gwoździem programu stanie się dla nas.. wystrzelenie rakiety na orbitę!! Tak, byliśmy tam i widzieliśmy to! :D Ale, od początku..

Któregoś dnia wchodzimy sobie na stronę KSC, żeby zobaczyć, ile kosztują bilety. A tam odliczanie – 2 dni, 13 godzin i parę minut do startu rakiety Falcon 9. Szybki rachunek w głowie.. aaaaaaaa – to dokładnie wtedy, kiedy tam będziemy! Czy można mieć większego farta? :) Zaczęło się szukanie najlepszej miejscówki. Niestety, najbliższa miejsca wystrzału plaża Playalinda została zamknięta przez NASA ze względów bezpieczeństwa. Nasz wybór padł na Space View Park w Titusville. Dość daleko, ale niestety bliżej się nie dało.. Okno na start rakiety wyznaczono na 7.00-9.00, więc musieliśmy wstać o 4, żeby zdążyć dojechać na czas.. Ale czego się nie robi dla takich atrakcji. Ponieważ była niedziela rano, na miejscu zebrało się trochę ludzi z lornetkami i aparatami. Znaleźliśmy dobry punkt obserwacyjny na molo i czekaliśmy na odliczanie. 3 minuty do startu, 2, 1,5..   i.. abort :(((( Niestety.. problemy z sensorem – start odwołany. Kolejne okno – w poniedziałek. To znaczy, że wciąż mamy szansę! :D

Nieco rozczarowani pojechaliśmy do Kennedy Space Center.  Wstęp kosztuje 50 dolarów, ale naprawdę warto zapłacić te pieniądze. To do tej pory chyba najlepsza płatna atrakcja podczas tej wyprawy (dla mnie, u Thomas wciąż wygrywa akwarium w Atlancie ;)). W KSC spędziliśmy ponad 5 godzin, a można spokojnie i cały dzień. Autobus zabrał nas najpierw na objazd po terenie NASA, a tam ogromny hangar, gdzie składane są rakiety przed startem (największa wolnostojąca hala na świecie), platformy, na których są przewożone na start i wyrzutnia, gdzie stała rakieta, na której wystrzał czekaliśmy rano. To miejsce naprawdę robi wrażenie! Po drodze przystanek w Apollo Center, gdzie obejrzeliśmy rakietę Saturn 5, która wykorzystywana była podczas amerykańskiej misji lotów na Księżyc w latach 1967-1973. Byliśmy też w stacji kontroli lotów, gdzie obejrzeliśmy symulację startu Apollo 8 z 24 grudnia 1968 r., pierwszej misji, która wyniosła ludzi poza orbitę okołoziemską. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że Amerykanie potrafią robić show. A ja, jako kompletny laik w tematach kosmicznych, przy okazji czegoś się nauczyłam ;) Poza tym jeszcze z ciekawszych atrakcji KSC: park rakiet, no i oczywiście wahadłowiec Atlantis. Byliśmy też w symulatorze lotów kosmicznych, fajna zabawa ;) Jest też cała część poświęcona misji NASA na Marsie, a poza tym wiele fajnych ekspozycji, gdzie można się naprawdę sporo dowiedzieć o tym, jak to wszystko działa, jak wygląda praca austronauty od kuchni (w restauracji serwują nawet dania z sałatą, która wyrosła w kosmosie ;)), można wejść do statku kosmicznego, pobawić się w pilota, przejść trening przed lotem w kosmos.. Naprawdę jest co robić. Bardzo mocno polecam.

No to teraz najważniejsze – rakieta! Poniedziałek, to samo miejsce, ten sam czas.. Tym razem się udało! Z daleka rakieta wyglądała jak mała ognista kulka, ale z odpowiednim zoomem w aparacie, można nawet coś tam zobaczyć :) Lot trwał kilka minut, potem rakieta zniknęła, a za kolejnych kilka minut wróciła i wylądowała bezpiecznie na Atlantyku. Ot, cała kosmiczna operacja ;) To był pierwszy start rakiety Falcon 9, wyprodukowanej przez firmę SpaceX, tą samą, która robi samochody elektryczne Tesla. Jak poinformowała później NASA, rakieta umieściła na orbicie “tajny ładunek wojskowy dla Narodowego Biura Rozpoznania USA”, czyli szpieg! I my to widzieliśmy! Dużo emocji, fajne przeżycie, będzie co opowiadać w domu starców ;)

A tu jeszcze filmik ze startu rakiety, nakręcony przez NASA (tylko trochę lepszy od naszego ;)).

 

Po tych kosmicznych emocjach, pojechaliśmy trochę ochłonąć na Daytona Beach, okrzykniętą “najsłynniejszą plażą na świecie”. To tutaj amerykańskie nastolatki ostro imprezują podczas przerwy wiosennej, odbywają się zloty motocyklistów i legendarny rajd samochodów NASCAR Daytona500. Plaża rocznie przypuszcza szturm 8 milionów turystów. Ale, jak się przekonaliśmy, poza sezonem jest tu pusto i głucho.. Tylko od czasu do czasu jakiś turysta przyszpanuje terenówką i zimnym łokciem (dozwolona jest tu jazda autem po plaży, nie wiem jaki ma to sens, ale wielu z tej możliwości korzysta). Hotele, wąska plaża, sklepy z głupimi koszulkami, zamknięte wesołe miasteczko – ogólnie nic ciekawego. Ponieważ wieczorem zerwał się bardzo silny wiatr, przeszliśmy się tylko chwilę po promenadzie, zjedliśmy kraba (ooo, to była dopiero operacja – więcej w osobnym odcinku kulinarnym) i.. spaaaać! We wtorek rano opuściliśmy Florydę. Przed nami ostatnia prosta przed powrotem do Atlanty – Savannah i Charleston.