Hollywood

Ein Muss für alle Besucher von LA:Universal Studios. Der Eintritt ist zwar teuer, dafür bekommt man typisch amerikanische Show und Unterhaltung geboten. Die 1 stündige Studio Tour war kurzweilig und man sah all die Sets von Filmen und Serien in live zu sehen, z.B. Mysteria Lane oder ie City Hall von Zurück in die Zukunft. Der Weisse Hai durfte auch nicht fehlen. Die gelbenMinions waren all Gegenwärtig und an jeder Ecke. Im Jurassic Park belohnten wir uns mit einer nassen Wildwasser fahrt, herrlich. Und die Waterworld Show ist gigantisch. Viel Action, Explosionen und Wasser. Zum Schluss durften unsere Stunt Doublenoch ganz nah an einen Minion ran ;-)
Nach diesem Unterhaltsamen Tag fuhren wir richtung Süden nach San Diego. Im alten “Gaslamp Quartier” genehmigten wir uns noch ein Bierchen bevor es die verdiente Nachtruhe gab.

Wizyta w miejscu, gdzie powstają największe produkcje kinowe i telewizyjne, to był bez wątpienia jeden z najlepszych punktów naszej wyprawy! I najdroższych.. ale było warto :) Universal Studios to praktycznie odrębne miasto położone na wzgórzach Hollywood. Część dla turystów opanowały głównie postaci z najnowszych animacji i sklepy z pamiątkami (choć wszystko zrobione jest ze smakiem), ale największą atrakcją są tematyczne wycieczki. Byliśmy m.in. na godzinnej wyprawie za kulisy studia, widzieliśmy miejsca, w których kręcono klasyki (jak Szczęki czy Powrót do przyszłości), jak się robi efekty specjalne i buduje scenografię do katastrof lotniczych (sic!). To było coś! Bardzo fajna była też aranżacja bitwy morskiej z Waterworld i przejażdżka łodzią po Jurrasic Park (człowiek wychodzi przemoknięty do suchej nitki, co przy blisko 30stopniowym upale jest zbawienne). W Universal spędziliśmy ok. 5 godzin i wciąż nie mieliśmy dość :) To “must see” dla każdego, kto wybiera się do Kalifornii.

Zakończyliśmy wielkomiejski etap naszej podróży. Bye bye Hollywood Hills.. Czas poznać prowincjonalną Amerykę – może jest bardziej “prawdziwa”. Wieczorem dotarliśmy do San Diego (to już praktycznie Meksyk), spędzimy tu jeden dzień i ruszamy w stronę Las Vegas z przystankiem w Palm Springs i parku narodowym Joshua Tree.

Advertisements

90210


To dopiero drugi dzień w LA, a już przejechaliśmy ok. 200 km, tylko w samym mieście. Przy okazji – przedstawiamy nasze auto! Czerwony Cadillac z otwieranym dachem doskonale wkomponowuje się w światową stolicę lansu, nie wiem jak to będzie na amerykańskiej prowincji ;P Dzisiaj wybraliśmy się m.in. do Beverly Hills. To, co tam zobaczyliśmy było dokładnie takie, jak w filmach, brakowało tylko Dylana i Brendy (90210 to kod Beverly Hills, które jest odrębnym miastem). Rodeo Drive z wszystkimi chyba istniejącymi luksusowymi markami na kilkuset metrach ulicy, wypasione rezydencje, najdroższe na świecie auta.. Człowiek jest tak oszołomiony, że nie wie, w którym kierunku patrzeć. W dodatku ta część miasta niezwykle jaskrawo kontrastuje z downtown, czyli z historycznym centrum, które przypomina stolicę kraju Trzeciego Świata. Nabrać dystansu pomogło nam dopiero spojrzenie na miasto z góry. Po dawce ekstremalnych emocji pojechaliśmy odpocząć na plażę w Malibu. Po tych dwóch dniach nie wiem, co myśleć o LA.. Miasto wydaje się nierealne, jak wycięte z papieru, jest nie do ogarnięcia.. ale z drugiej strony jest owiane jakąś dziwną legendarną atmosferą, która jest na swój sposób pociągająca (no i wszyscy tu jarają trawę ;)). Największym fenomenem jest dla mnie napis Hollywood, kilka białych topornych liter ustawionych na wzgórzu, a budzi tyle emocji, niesamowite. Jutro wybieramy się na całodniowy wypad do Universal Studios, a potem opuszczamy LA i ruszamy w trasę!

PS1. To na pierwszym zdjęciu to nasz zerogwiazdkowy Motel Broadway :)

Wieder ein sonniger Tag in LA. Wir sind froh, sind wir mit dem Auto unterwegs. LA ist so weitläufig, wir haben bereits 200 meilen hinter uns. Und das nur in LA und Umgebung.
Erste Station wardas Colloseum Stadion ganz in der nähe unseres Motels. Dort fanden 1984 die Olympischen Spiele statt. Sehr alt und eindrücklich. In Downtown LA war es vor allem heiss. Der Grand Market spendete ein wenig kühlung. Chinatown war nichts besonderes. Viele Chinesische Souvenir Shops.
Als krasses Gegenteil ging es danach hoch nach Beverly Hills. Sehr schöne und zum teil protzige Villen. Muss man gesehen haben. Im Rodeo Drive wollten wir shoppen gehen, aber die Preise waren uns doch zu hoch. Aber eine niedliche, kleine Fussgängerzone haben die nier.
Jetzt ging es endlich zu den Berühmtesten 9 Buchstaben der Welt: Hollywood. Da man nicht direkt zum Wahrzeichen gehen kann, fuhren wir hoch zum Griffith Observatory. Fantastische Aussicht über LA und perfekte Sicht auf das Hollywood Zeichen. James Dean’s “Denn Sie wissen nict was Sie tun” wurde ü rigens dortoben gedreht.
Nach einem kleine Snack ging es weiter zu Onkel Charly nach Malibu Beach. Herrlicher Strandabschnitt und nicht so viele Leute. And die Strandvillen kamen wir nicht ran, da es keine öffentlichen Strassen oder Wege gab.
Es ist immer wieder kurios an Orten zu sein, die man sonst nur von Filmen, Serien oder Dokumentationen kennt.

Los Angeles

Auf Wiedersehen Chicago, Hallo Los Angeles. Nach 1 Stündiger Verspätung landeten wir im sonnigen Los Angeles. Als wir dann auch noch am Mietwagenterminal 1 Stunde warten mussten, waren wir froh mit dem Auto in’s Motel fahren zu können.
Nach kurzer Pause fuhren wir durch den Stadtverkehr an den Santa Monica Pier. Herrlich dieser schöne Sandstrand und die coolen Leute. Man roch das Gras schon von weitem….
Am Abend verbrachten wir noch einige Zeit am Hollywood Bvd mit Walk of fame, Kodak Theater usw. Sooooo viele Leute, aber keine Stars, ausser uns ;-) Leider waren die Strassen zum Griffith Observatorium geschlossen. Von dort hat man eine atemberaubende Aussicht über die ganze Stadt, vielleicht morgen.

To był długi dzień. Najpierw opóźniony lot z Chicago, potem godzina czekania na auto.. jesteśmy w LA! Pierwsze wrażenia? Drogi, drogi, auta, palmy..;) Miasto jest ogromne,sprawia wrażenie większego od NY (choć jest drugie co do wielkości w USA), pewnie przez to, że jest tak rozległe, położone na wzgórzach. Bez auta ani rusz, dlatego od dzisiaj niemal do końca naszej podróży będzie nam towarzyszyć Red Queen (jutro Wam ją pokażemy) :) Prosto z motelu pojechaliśmy nad ocean – plaże Santa Monica i Venice Beach są żywcem wyjęte z Baywatch (rozglądałam się za Michem ;)). Zrobiliśmy sobie też nocną przejażdżkę po Hollywood Boulevard i spacer po Walk of Fame – szaleństwo! Po tym nadmiarze wrażeń z ulgą kładę się spać w obskurnym Broadway Motel (teraz jesteśmy już 9 godz. do tyłu wobec czasu warszawskiego..). Jutro Beverly Hills i kolejna porcja kalifornijskiego obłędu.