How to eat crab and the other American food stories

Trzy lata temu, podczas naszej pierwszej wyprawy do Stanów, był osobny post Thomasa o autach. Tym razem będzie mój o jedzeniu. Bo południowo-wschodnie USA to kulinarne zagłębie. Zapomnijcie o burgerach i stekach! Przed Wami prawdziwa uczta multi-kulti. Przy okazji polecamy kilka sprawdzonych miejsc, gdyby ktoś kiedyś był akurat w pobliżu.

fullsizeoutput_75f

Jeśli wybrzeże Florydy, to oczywiście ryby i owoce morza. Jako pierwsze moje ukochane Ceviche, czyli sałatka z surowej ryby, zamarynowanej w limonce i przyrządzonej z dodatkiem cebuli, papryczki czili i (ta akurat wersja) awokado. Do tego kieliszek świeżego Sauvignon Blanc, widok na wodę i jest idealnie :) Zdjęcie zrobione w St. Petersburgu, nazwy miejsca niestety nie pamiętam, ale chwalili się, że są jedyną restauracją na przystani ;)

Zostańmy przy owocach morza. Burger z ostryg (to już Savannach, więc stan Georgia, ale wciąż blisko wybrzeża Atlantyku) w Tubby’s Seafood (duży plus za ceny, lokalizację i swojski klimat), ciastko krabowe – wyglądało ładniej niż smakowało, ravioli z homarem – ciekawe, choć jak dla mnie zbyt mdłe i na koniec królowa balu na South Beach w Miami – paella z owocami morza (to wielkie na środku to krab), którym objadłaby się pięcioosobowa rodzina i której zjedzenie kosztowało nas bardzo dużo umiejętności manualnych (swoją drogą – nigdy nie idźcie na kolację na Ocean Drive po zmroku, to kosztuje zbyt wiele nerwów i pieniędzy..).

Jak Miami, to wiadomo – kubańska kuchnia, czyli dużo mięsa i frytury. Raczej nie mój gust, ale oczywiście musiałam spróbować. Krokiety z kurczakiem, szynka i serem oraz Ropa Vieja, czyli coś w stylu gulaszu z poszatkowanej wołowiny w sosie ze świeżych pomidorów (smaczne, dobrze przyprawione) w restauracji Sazon na North Beach w Miami (obsługa bardzo miła, choć trudno się dogadać po angielsku, przyzwoite ceny). Tacos z wołowiną i awokado oraz słynna kanapka kubańska z kapustą kiszoną, mięsem i serem, więc czułam się trochę, jakbym była z powrotem w Szwajcarii ;) Oczywiście do każdego dania margarita leje się strumieniami ;) A i jeszcze obowiązkowo kubańskie śniadanko – empanadas, czyli smażone lub pieczone pierożki z nadzieniem i słodkie churros.

Skoro jesteśmy przy margaricie.. Ponieważ często byliśmy w drodze po kilka-kilkanaście godzin, a drogi w tej części Stanów nie są tak fascynujące jak na zachodnim wybrzeżu, jako pasażer musiałam sobie jakoś radzić :) I tak odkryłam margaritę w puszce. Daleko jej oczywiście do real thing, ale do sączenia w aucie nadaje się znakomicie. Są różne smaki, choć truskawkowa smakowała mi najbardziej. Dodam tylko, że jest też wersja litrowa.. ;P

IMG_7476

Moje kolejne odkrycie – czipsy z platana. Mmmmmm. Pycha! Niestety były tylko na Florida Keys, szukałam później w innych miejscach i nie znalazłam :(

Opuśćmy na chwilę wybrzeże i przejdźmy do konkretów – Georgia i Tennessy. Te dwa stany to kraina mięsa. Rządzą tu barbecue, fried chicken, steaks & ribs. Oczywiście nie można tego jeść codziennie (choć sporo Amerykanów to robi i jakoś żyją), ale warto spróbować, żeby dowiedzieć się, jak powinno się przyrządzać mięso. Trzy miejsca, które polecam – Gus’s World Famous Hot&Spicy Fried Chicken w Memphis (jest naprawdę hot i spicy!), Ted’s Montana Grill w Atlancie (burgery z bizona!) oraz prawdziwa uczta dla żeberkojadów – Sticky Fingers – sieciówka, ale tak dobrych żeber to ja jeszcze chyba nie jadłam, wymiękają nawet te z Memphis, które jadał Elvis ;) We wszystkich trzech miejscach dużo lokalsów, co zawsze jest dobrą rekomendacją.

fullsizeoutput_75c

Być w Nowym Orleanie i nie zjeść jambalayi, to jak być w Krakowie i nie spróbować zapiekanki z Placu Nowego :) Specjalność kuchni kreolskiej i cajunskiej to ryż z pikantną kiełbaską (są różne wersje) i dodatkami, tj. kurczak czy krewetki. Bardzo smaczne i sycące. Naszą jambalayę zjedliśmy w restauracji Maison na Frenchmen Street. Najlepiej smakuje z muzyką na żywo :)

Wróćmy jeszcze na chwilę do kraba.. To było zdecydowanie największe wyzwanie kulinarne, głównie od strony technicznej. Dostaliśmy fartuszek, nożyk i rolkę papieru kuchennego. I michę wypełnioną skorupiakami :) I radź tu sobie teraz człowieku.. Był fun, była wyżerka, zostały nowe umiejętności i ukradziony z Joe’s Crab Shack nożyk do otwierania kraba ;) Peace, love & crabs!

fullsizeoutput_75e

Z serii jedzenie, które wydaje się dziwne i paskudne, ale okazuje się całkiem smaczne – prażona świńska skóra.. Smakuje jak czipsy bekonowe ;)

Deseeery, nasze guilty pleasure.. Ameryka słynie z cheesecake’ów, można je spotkać w setkach różnych wersji. Nasze ulubione – red velvet, czyli ciasto barwione burakiem oraz specjalność z Florida Keys, choć serwują je praktycznie wszędzie na Florydzie i w okolicach – Key Lime Pie, czyli tarta cytrynowa. Palce lizać!

I na koniec – słynne amerykańskie śniadania! Pankejki, omlety, bajgle.. ja zakochałam się w waflach z masłem orzechowym z Waffle House (kocham Amerykanów za wszystko, co robią z masłem orzechowym!).. Efekt – dodatkowe kilogramy, ale za to jakie szczęśliwe!:D

 

 

 

Advertisements

St. Augustine – the oldest town in USA

Ostatni przystanek na Florydzie – St. Augustine. Założone przez Hiszpanów w 1565 r. miasto jest najstarszą europejską osadą w Stanach Zjednoczonych. I oczywiście wszystko tu jest stare, choć ładnie odrestaurowane, tak, że wygląda, jak nowe :)

St Augustine było przez ponad 200 lat stolicą Florydy, potem weszli tu Brytyjczycy, a następnie pojawił się pan Henry Flagler, magnat naftowy (ten od kolei z Miami do Key West), który przyjechał kiedyś do miasta i nie miał się gdzie zatrzymać, więc wybudował tam potem trzy ekskluzywne hotele. W jednym z nich, hotelu Ponce de Leon, gościły w tamtych czasach takie persony, jak m.in. Theodore Roosevelt czy Mark Twain. Teraz w budynku znajduje się college.

Miasteczko jest mocno hiszpańskie i trochę trąci folklorem, ale warto się tam na chwilę zatrzymać, choćby po to, żeby zobaczyć inną architekturę, niż na południu Florydy i zjeść smaczną kanapkę w hiszpańskiej piekarni. No i najstarsze, wiadomo, to zawsze pobudza wyobraźnię turysty ;) Aha, i namierzyłam tam polsko-grecką kawiarnię (?!) :P

St. Augustine, die älteste Stadt in den USA. Gegründet am 28. August 1565 am Gedenktag des heiligen Augustinus von Hippo, nach dem die Siedlung San Agustin gegründet wurde.
Es ist noch viel zu sehen vom spanischem Einfluss. Die Stadt wurde durch Sir Francis Drake niedergebrannt, durch Piraten geplündert und von britischen Streitkräften bekämpft. Sie konnte aber bis heute überleben.
Im 19. Jahrhundert bekam die Stadt durch  den Industriellen Henry Flagler Aufschwung. Er ist massgeblich am am Ausbau und Aufschwung der Ostküste von Florida beteiligt. Er hat mehrere Hotels gebaut und die Eisenbahnlinie bis nach Key West realisiert. Ein Hotel in St. Augustine ist sogar ein Bestandteil des Flagler College. Dank der Eisenbahn wurde auch Miami 1896 mit 502 Einwohnern gegründet.
St. Augustine hat viel Sehenswerte Gebäude und man kann viel schöne Häuser aus verschiedenen Zeitepochen bewundern. Wir nehmen viele schöne Eindrücke mit von dieser Stadt.

 

Space days – Cape Canaveral

IMG_7562

Kennedy Space Center, wieder ein “must see” in Florida.
Am Sonntag um 7 Uhr am Morgen war ein Start einer Rakete angekündigt. Wir standen also um 4 Uhr auf und machten uns auf den Weg von Stuart nach Titusville. Von dort hat man eine gute Sicht auf die Startplattform. Zuerst wollten wir an den Playalinda Beach wo viel näher ist, aber seit ein paar Jahren kann man dort nicht mehr hin während einem Start.
Wir warteten also auf den Start doch 1:30 Minuten vor dem Start gab es ein Startabbruch wegen einem Sensorwert der nicht in der Toleranz war. Nächster Start am Montag um
7 Uhr. Wir beschlossen es dann nochmal zu versuchen. Wann hat man schon die Möglichkeit einen Start einer Rakete live zu verfolgen?

Nach einem Frühstück machten wir uns auf den Weg zum Kennedy Space Center. Eintritt kostet 50 Dollar aber es lohnt sich. Gleich nach dem Eingang gibt es einen “Rocketpark” mit verschiedenen Raketen in Originalgrösse. Als erstes machten wir eine Bustour über das Gelände mit Stopp im Appollo/Saturn Center wo die ganze Geschichte der Appollo Flüge inklusive Mondlandung gezeigt wird. Die fahrt im Bus war beeindruckend. Die Grösse des Geländes, einer mobilen Startplattform wo die Raketen zum Startplatz gefahren werden und die Halle wo die Raketen vorbereitet werden ist Wahnsinn. Die Halle ist eine der grössten freistehenden Hallen der Welt. Wir sahen auch einige Alligatoren in den Kanälen. In den Everglades sahen wir keine. Es genügt also das Space Center zu Besuchen um alles zu sehen.
Im Apollo Center war eine Saturn 5 Rakete aufgestellt so dass man die Grösse wahrnehmen konnte. Es gab viel interessantes zu sehen und die ca. 1,5 Stunden vergingen wie im Flug.
Zurück im Space Center die nächste Attraktion, das Space Shuttle Gebäude. Steht doch da wirklich die originale Raumfähre Atlantis im Haus. Auch hier wird einem alles über die Entstehung und Geschichte des Space Shuttle Programms erklärt. Alle Shuttles mit deren einzelnen Historie. Für Gamer hat es in allen Bereichen auch spiele wie zum Beispiel Shuttle landen, Raumfähre an Raumstation andocken usw. Für Kinder also auch empfehlenswert.
Das Marsprogramm wurde auch noch in einer eigenen Halle vorgestellt. Dies wird sich zeigen in der Zukunft ob es mal funktioniert einen Menschen auf den Mars zu fliegen. Die NASA hat es jedenfalls vor….
Es gab noch einiges mehr wie die Helden- und Legendenhalle. Dies interessierte uns aber weniger.

Zum Übernachten fuhren wir nach Daytona Beach. Vorbei am Speedway zu unserem Hotel direkt an der Beach. Auf dem Speedway kann jedermann fahren für ,je nach dem was er will, bis zu 2000 Dollar. Dies liessen wir aber bleiben mit unserem Mietwagen.
An der Beach windete es sehr fest so dass wir eine kleine Pause gönnten bevor wir essen gingen. Wir mussten ja auch wieder um 5 Uhr aufstehen für den Start der Rakete.

Um 7 Uhr standen wir wieder am gleichen Ort bereit und hofften auf einen Start. Punkt 7:15 Uhr hob sie ab und wir filmten und fotografierten so viel wie möglich. Es waren ein paar Kilometer Distanz dazwischen, trotzdem gelangen uns ein paar gute Fotos. Wie es war? WOW!!! Es ging alles schnell, trotzdem wir haben die Rakete ziemlich lange am Himmel verfolgen können. Durch die Distanz kam das Geräusch der Rakete mit Verzögerung an, Bummm.
Nach 9 Minuten kam die 1. Stufe der Rakete wieder zurück und landete wieder am Boden. Sie kann wiederverwendet werden und soll so Geld sparen. Dies die Besonderheit der Falcon 9 Rakete von der Firma SpaceX. Diese gehört auch Elon Musk, dem Gründer von Tesla Automobilen. Es war das erste mal das SpaceX einen US Militärsatelliten ins All beförderte.
Dieses Ereignis zusammen mit dem Besuch im Space Center hat mich sehr beeindruckt und ich werde noch lange daran denken.


Ostatnie dwa dni spędziliśmy w kosmosie! A dokładniej, na Przylądku Canaveral, gdzie działy się i wciąż dzieją wszystkie najważniejsze kosmiczne historie. Obowiązkowo planowaliśmy odwiedzić Kennedy Space Center (KSC). Nie wiedzieliśmy natomiast, że gwoździem programu stanie się dla nas.. wystrzelenie rakiety na orbitę!! Tak, byliśmy tam i widzieliśmy to! :D Ale, od początku..

Któregoś dnia wchodzimy sobie na stronę KSC, żeby zobaczyć, ile kosztują bilety. A tam odliczanie – 2 dni, 13 godzin i parę minut do startu rakiety Falcon 9. Szybki rachunek w głowie.. aaaaaaaa – to dokładnie wtedy, kiedy tam będziemy! Czy można mieć większego farta? :) Zaczęło się szukanie najlepszej miejscówki. Niestety, najbliższa miejsca wystrzału plaża Playalinda została zamknięta przez NASA ze względów bezpieczeństwa. Nasz wybór padł na Space View Park w Titusville. Dość daleko, ale niestety bliżej się nie dało.. Okno na start rakiety wyznaczono na 7.00-9.00, więc musieliśmy wstać o 4, żeby zdążyć dojechać na czas.. Ale czego się nie robi dla takich atrakcji. Ponieważ była niedziela rano, na miejscu zebrało się trochę ludzi z lornetkami i aparatami. Znaleźliśmy dobry punkt obserwacyjny na molo i czekaliśmy na odliczanie. 3 minuty do startu, 2, 1,5..   i.. abort :(((( Niestety.. problemy z sensorem – start odwołany. Kolejne okno – w poniedziałek. To znaczy, że wciąż mamy szansę! :D

Nieco rozczarowani pojechaliśmy do Kennedy Space Center.  Wstęp kosztuje 50 dolarów, ale naprawdę warto zapłacić te pieniądze. To do tej pory chyba najlepsza płatna atrakcja podczas tej wyprawy (dla mnie, u Thomas wciąż wygrywa akwarium w Atlancie ;)). W KSC spędziliśmy ponad 5 godzin, a można spokojnie i cały dzień. Autobus zabrał nas najpierw na objazd po terenie NASA, a tam ogromny hangar, gdzie składane są rakiety przed startem (największa wolnostojąca hala na świecie), platformy, na których są przewożone na start i wyrzutnia, gdzie stała rakieta, na której wystrzał czekaliśmy rano. To miejsce naprawdę robi wrażenie! Po drodze przystanek w Apollo Center, gdzie obejrzeliśmy rakietę Saturn 5, która wykorzystywana była podczas amerykańskiej misji lotów na Księżyc w latach 1967-1973. Byliśmy też w stacji kontroli lotów, gdzie obejrzeliśmy symulację startu Apollo 8 z 24 grudnia 1968 r., pierwszej misji, która wyniosła ludzi poza orbitę okołoziemską. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że Amerykanie potrafią robić show. A ja, jako kompletny laik w tematach kosmicznych, przy okazji czegoś się nauczyłam ;) Poza tym jeszcze z ciekawszych atrakcji KSC: park rakiet, no i oczywiście wahadłowiec Atlantis. Byliśmy też w symulatorze lotów kosmicznych, fajna zabawa ;) Jest też cała część poświęcona misji NASA na Marsie, a poza tym wiele fajnych ekspozycji, gdzie można się naprawdę sporo dowiedzieć o tym, jak to wszystko działa, jak wygląda praca austronauty od kuchni (w restauracji serwują nawet dania z sałatą, która wyrosła w kosmosie ;)), można wejść do statku kosmicznego, pobawić się w pilota, przejść trening przed lotem w kosmos.. Naprawdę jest co robić. Bardzo mocno polecam.

No to teraz najważniejsze – rakieta! Poniedziałek, to samo miejsce, ten sam czas.. Tym razem się udało! Z daleka rakieta wyglądała jak mała ognista kulka, ale z odpowiednim zoomem w aparacie, można nawet coś tam zobaczyć :) Lot trwał kilka minut, potem rakieta zniknęła, a za kolejnych kilka minut wróciła i wylądowała bezpiecznie na Atlantyku. Ot, cała kosmiczna operacja ;) To był pierwszy start rakiety Falcon 9, wyprodukowanej przez firmę SpaceX, tą samą, która robi samochody elektryczne Tesla. Jak poinformowała później NASA, rakieta umieściła na orbicie “tajny ładunek wojskowy dla Narodowego Biura Rozpoznania USA”, czyli szpieg! I my to widzieliśmy! Dużo emocji, fajne przeżycie, będzie co opowiadać w domu starców ;)

A tu jeszcze filmik ze startu rakiety, nakręcony przez NASA (tylko trochę lepszy od naszego ;)).

 

Po tych kosmicznych emocjach, pojechaliśmy trochę ochłonąć na Daytona Beach, okrzykniętą “najsłynniejszą plażą na świecie”. To tutaj amerykańskie nastolatki ostro imprezują podczas przerwy wiosennej, odbywają się zloty motocyklistów i legendarny rajd samochodów NASCAR Daytona500. Plaża rocznie przypuszcza szturm 8 milionów turystów. Ale, jak się przekonaliśmy, poza sezonem jest tu pusto i głucho.. Tylko od czasu do czasu jakiś turysta przyszpanuje terenówką i zimnym łokciem (dozwolona jest tu jazda autem po plaży, nie wiem jaki ma to sens, ale wielu z tej możliwości korzysta). Hotele, wąska plaża, sklepy z głupimi koszulkami, zamknięte wesołe miasteczko – ogólnie nic ciekawego. Ponieważ wieczorem zerwał się bardzo silny wiatr, przeszliśmy się tylko chwilę po promenadzie, zjedliśmy kraba (ooo, to była dopiero operacja – więcej w osobnym odcinku kulinarnym) i.. spaaaać! We wtorek rano opuściliśmy Florydę. Przed nami ostatnia prosta przed powrotem do Atlanty – Savannah i Charleston.

 

Miami & Key West

IMG_4675

Po kilku dniach spędzonych w Miami prawie nauczyliśmy się hiszpańskiego :) Miasto milionerów, hoteli-kolosów i sceneria raperskich teledysków rzeczywiście klimatem bardziej przypomina Kubę niż te Stany, które do tej pory poznaliśmy. Żar tropików, palmy, Latynosi.. Wikipedia mówi, że tylko 30 proc. mieszkańców mówi na co dzień po angielsku. Są miejsca, gdzie naprawdę trudno się dogadać, na szczęście “dos empanadas” wystarczy, żeby nie umrzeć z głodu ;)

Miami już na samym początku oszołomiło mnie architekturą. Wjechaliśmy do Miami Beach i nagle zrobiło się ciemno.. Wzdłuż jednej z głównych ulic – Collins Street – białe olbrzymy tworzą mur, za którym jest już tylko piasek i Atlantyk. Mieszkaliśmy na North Beach, wystarczyło przejść przez ulicę i byliśmy na plaży, tej mniej popularnej i mniej turystycznej niż South Beach, ale za to z bardziej lokalnym smaczkiem.

Mieszkańcy Miami dużo się ruszają i wydają się nieczuli na ponad 30-stopniowe upały (nie chce wiedzieć, jak tu jest latem), za co ich szczerze podziwiam. Biegaczy i rowerzystów widać o każdej porze dnia, a strój sportowy obowiązuje nawet wieczorami w restauracjach. Z praktycznych informacji turystycznych – po mieście można się poruszać za darmo śmiesznymi, staromodnymi Miami Beach Trolleys (niestety odkryliśmy to dopiero w ostatni wieczór).

Miami to nie tylko plaże, choć to wokół nich toczy się w dużej mierze życie miasta. South Beach to dla mnie przede wszystkim wspaniała architektura Art Deco – Miami w takim stylu zostało odbudowane po wielkim huraganie w 1926 r. Są i bardziej współczesne architektoniczne perełki, jak budynek sali koncertowej New World Center projektu Franka Gehry. South Beach to też słynna ulica Ocean Drive, gdzie dniem i nocą paradują ludzie i auta, tam są też najbardziej turystyczne bary i restauracje (uwaga na ceny!). Za dnia jest nawet dość przyjemnie, nocą to miejsce staje się nie do zniesienia. Starsi panowie z wężami na szyjach, półnagie panny (widoku niektórych nie da się niestety odzobaczyć), pijani turyści, a wszystko okraszone porządną dawką decybeli latynoskich hitów. Plus gęste, wilgotne powietrze. Dla mnie mieszanka wybuchowa.

Idealnie czułam się za to w Wynwood, alternatywnej dzielnicy leżącej niedaleko Downtown Miami. Kolorowe murale, galerie sztuki, dizajnerskie butiki i knajpy. Oooo tak! Mocno tam hipstersko, ale to dobra odskocznia od klimatów beach latino. Przy okazji, w drodze do Wynwood przeszliśmy przez całą Little Haiti (podkreślam: przeszliśmy – co już wzbudza podejrzenia, jak to tak chodzić, skoro można jechać autem) – lepiej omijać z daleka. To drugie oblicze Miami – tak zresztą, jak i każdego dużego, nie tylko amerykańskiego miasta.

Jedzenie w Miami – to temat na osobny rozdział! Kuchnia kubańska, karaibska, brazylijska.. mmmm.. Sporo kulinarnych inspiracji, do przetestowania w domu :) Miami, z całym swoim luzem i latino glamour, ma coś, co przyciąga i sprawia, że chce się tam być. Śniadanie na plaży, kąpiel w oceanie, litrowa margharita na Ocean Drive, kolacja w małej kubańskiej knajpie, gdzie nikt nie mówi po angielsku, i te ogromne białe hotele.. – to wspomnienia, które długo we mnie zostaną.

Po Miami przyszedł czas na Florida Keys. Postanowiliśmy dojechać aż do ostatniej wysepki, czyli Key West, gdzie znajduje się najdalej na południe wysunięty punkt kontynentalnych Stanów. Stąd do Kuby jest już tylko 90 mil (ok. 140 km). Droga na Key West jest dość monotonna i powolna (większość jedzie się tylko jednym pasem ruchu) choć woda (po lewej stronie Atlantyk, po prawej Zatoka Meksykańska) ma tutaj piękny jasnoturkusowy odcień. Od ostatniego miasta na kontynencie, Florida City, do samego końca archipelagu wysp (zostały połączone w 1910 r., początkowo drogą kolejową, dopóki nie zniszczył jej huragan – do dzisiaj widać pozostałości zburzonych mostów kolejowych) są dokładnie 126 mile i 42 mosty.. Zerowa mila znajduje się w Key West.

Tutaj to już Kuba na całego! Urocze kolorowe, drewniane domki, bujna roślinność, kokosy sprzedawane za 5 dolarów(!) na ulicach, zapach morza i kurortowy luz-blues. I wilgotny, klejący upał.. :/ Pierwsze co pobiegłam oczywiście do domu Ernesta Hemingwaya! Mieszkał tu w latach 1931-1939 i tu napisał m.in. “Komu bije dzwon” i “Śniegi Kilimandżaro”. Cały dom i ogród opanowany jest przez słynne sześciopalczaste koty, jest ich tu aż ok. 50, choć większość się chowa. Po wizycie w domu, można strzelić szklankę rumu w Sloppy Joe Bar, którego Hemingway był stałym rezydentem (w czasach Wielkiej Depresji tylko jego stać było na picie). Pisarz był tak związany z tym miejscem, że przy basenie, który kosztował go 20 tys. dolarów (za dom zapłacił tylko 8 tys.) zbudował sobie fontannę z przytarganego z baru sedesu..

Key West na pierwszy rzut oka wydaje się cichym, sennym nadmorskim kurortem, ale wystarczy poczekać do zachodu słońca i przejść się główną Duval Street w kierunku morza, a odkrywa się drugie oblicze miasteczka. Oblicze turystyczno-imprezowe. Lokalsi ponoć bardzo nie lubią Duval i jej okolic, co im wcale nie przeszkadza się tu dobrze bawić. Wieczorem poszliśmy na Mallory Square, obejrzeć zachód słońca na molo i trafiliśmy na wielką imprezę, z pokazami lotniczymi i inscenizacją bitwy morskiej :D Okazało się, że załapaliśmy się na obchody 35. rocznicy proklamacji Conch Republic (Republiki Muszli) – samozwańczego państwa, które stworzyli sobie mieszkańcy archipelagu Florida Keys w proteście przeciwko amerykańskiej polityce antymigracyjnej w latach 80. XX wieku. Niby takie śmichy chichy, ale Republika ma nawet swój hymn i wydaje paszporty. Choć trudno powiedzieć, czy to lokalny patriotyzm czy tylko historyjka dla turystów.

Key West to mekka rybaków, artystów, tułaczy, wolnych duchów i freaków ze Stanów i całego świata. Takich, jak poznana przez nas para – Brazylijka i Amerykanin z Utah. Przyjechali kiedyś na weekend i tak zostali, już od siedmiu lat mieszkają na łódce. Bawią się w piratów, uczą nurkowania, grają w siatkówkę, pływają i piją ;) Twierdzą, że na Key West ludzie nie mają problemów, no może z wyjątkiem upałów i czasem zbyt silnego wiatru, ale do tego przecież można się przyzwyczaić. Key West nas urzekło, może nawet byśmy tu dobrze pasowali ;) Następnym razem na pewno zostaniemy dłużej.

Z pewnym niedosytem wróciliśmy do Miami i pojechaliśmy dalej na północ, w kierunku Cape Canaveral. Po drodze zatrzymaliśmy się w Palm Beach obejrzeć słynny historyczny hotel The Breakers (tak, kochamy hotele!). Budynek otwarto w 1896 roku, a w latach 20. XX wieku odbudowano, po tym, jak strawił go pożar. Został zaprojektowany na wzór rzymskiej Villa Medici i jest naprawdę spektakularny, zarówno z zewnątrz, jak i w środku. Najtańszy pokój kosztuje ponad 800 dolarów za noc.. więc ze spuszczonymi głowami udaliśmy się do obskurnego motelu w miejscowości o nic niemówiącej nazwie Stuart w samym środku niczego (wymuszona kolacja w Macu, nic innego nie było w pobliżu). Przed nami kilka ostatnich dni w Stanach, podczas których jeszcze sporo się wydarzy. Stay tuned!

 

 

Miami, das kommt mir spanisch vor….

Welcome to Miami, oder so. Man spricht hier Spanisch, überall, wirklich überall. 70% der Leute in Miami sprechen Spanisch. Vielleicht versteht mann mich hier besser weil alle mit einem Akzent englisch sprechen wie ich.

Das Wetter ist heiss und feucht, halt tropisch. Aber wenn ich den Wetterbericht aus der Schweiz sehe bin ich froh hier zu sein. Unser Hotel ist in North Beach und einen Katzensprung vom Strand entfernt. Ein Studiokomplex und sehr günstig (190 Dollar für 3 Nächte) Am ersten Tag machten wir uns mit dem Bus auf zu South Beach, dem Art Deco District und Ocean Drive. Unterwegs viele Hotels, Villen mit den passenden Jachten davor. Wirklich schön und beeindruckend. Wir machten uns zu Fuss auf den Weg im Art Deco District. Sehr schöne Häuser aus den Anfangszeiten des Tourismus in Miami (20er bis 40er Jahre). Sehr farbig und voller Leben. Am Ocean Drive genehmigten wir uns am Nachmittag einen Drink und etwas zu essen.

Zweiter Tag Richtung Downtown mit Bus und zu Fuss zum Wynwood Viertel. Wir mussten ziemlich weit laufen und trafen fast niemanden unterwegs. Amerika ist ein Land der Autofahrer. Es war aber auch sehr heiss…..

Das ganze Wynwood Viertel ist voll mit Mural. Jedes Gebäude hat mindestens eine Wand die mit irgendetwas bemalt ist. Sehr interessant und abwechslungsreich. Man kann Stunden dort verbringen.

Am Abend ging es zurück zum Ocean Drive um das Nachtleben zu spüren. Nun, wir sind wohl etwas zu alt oder wir waren zu müde. Es war zu viel von allem: Menschen, Musik, Lärm und Essen. Wir assen wohl die teuerste Paella der Welt. 150 Dollar!! Man sollte halt vorher fragen wie viel sie kostet…selber Schuld. Man merkte dass das Personal nur auf das Geld der Besucher aus war. Wieder etwas gelernt.

Nun ab in den südlichsten Süden der USA, Key West. Nach ca. 3,5 Stunden fahrt erreichten wir Key West über 42 Brücken nach dem Mittag. Wir hatten eine kleine Unterkunft im alten Teil der Stadt. Zu Fuss waren alle Sehenswürdigkeiten erreichbar. Nur 5 Minuten zum Ernest Hemingway Haus wo er zwischen 1931 und 1939 lebte. Sehr spannend die Geschichte um Ihn zu erleben. Auch viele Katzen leben immer noch hier auf seinem Areal. Er hatte wirklich ein Leben das ziemlich viele von uns wünschen. Am Morgen schreiben, am Nachmittag fischen und am Abend in der Sloppy Joe Bar trinken. Diese Besuchten wir auch noch am Abend. Sie liegt in der Duval Street, einer Hauptstrasse wo sich das Leben in der Nacht abspielt. Ähnlich der Bourbon Street in New Orleans, einfach kleiner.

Wir hatten Glück da an diesem Tag im Hafen noch der Independence Day von Key West gefeiert wird. 1982 haben die Leute von Key West die Conch Republic gegründet, die Unabhängigkeit. Weil die USA eine Brücke nach Key West gesperrt hatten, um Imigranten den Weg zu versperren, Gründeten Sie aus Protest die Republik. Um dies zu feiern bekämpfen sich zwei Gruppen auf Booten mit grossen Wasserwerfern bis ein Team gewonnen hat. Bin nicht wirklich hinter die Regeln gekommen war aber Lustig.

Am südlichsten Punkt waren wir natürlich auch. Auch wenn er nicht wirklich der Südlichste ist. Der liegt leider auf dem Areal des Militärs und ist nicht besuchbar.

Witzig auch die vielen Hühner und Hähne die frei umherlaufen und am Morgen hört man den Hahn krähen. Man fühlt sich wie auf einem Bauernhof.

Nach Key West geht es wieder Richtung Norden. Halt in Palm Beach, nicht um Trump zu besuchen. Der ist gerade nicht da. Nein, das Breakers Hotel wollten wir uns anschauen. Ein Beeindruckender Bau nach italienischem Vorbild im Jahr 1896 gebaut worden. Must see wenn man dort ist. Luxus pur in allen Bereichen, sogar auf den Toiletten die wir besuchten….. Gerne wären wir geblieben, aber die 800 Dollar für eine Nacht war uns doch etwas zu viel.

Nach einem Imbiss fuhren wir noch das letzte Stück bis nach Stuart zu unserem Nachtqaurtier. Nicht so wie das Breakers, aber für 72 Dollar erwarten wir das auch nicht.

Gulf of Mexico & Everglades

IMG_7063

Ostatnie kilka dni spędziliśmy w drodze, z kilkoma przerwami na odpoczynek. Jako że jesteśmy już na Florydzie, jest gorąco, wszędzie palmy, plaże i emeryci :) Ale jakie plaże!

Pierwszy przystanek za Nowym Orleanem to był Fort Walton Beach – niewielka miejscowość nad Zatoką Meksykańską. Pierwszy raz w tym roku poczułam piasek pod stopami, a piasek tu jest biały jak śnieg (lub, jak twierdzą niektórzy, jak kokaina ;)) i ma konsystencję mąki (lub wiadomo czego..) ;) Woda ma niesamowity, zielono-turkusowy odcień i tak, jak nie przepadam za plażowaniem, to tu mogłabym spędzić chyba nawet całe wakacje – jest pięknie! Niestety, czas goni..

Z Fort Walton udaliśmy się dalej na wschód do St Petersburga. Po drodze wjechaliśmy na Scenic Highway 30A, która prowadzi wzdłuż wybrzeża, z niekończącymi się białymi plażami i uroczymi kolorowymi, drewnianymi domkami (kilka udało mi się uchwycić na zdjęciach). To jest dokładnie mój klimat! Jako dziewczę znad morza, na Florydzie czuję się jak ryba w wodzie ;) Gdyby jeszcze tylko było z kilka stopni C mniej.. :/ W St Petersburgu zostaliśmy dwie noce, w bardzo przyjemnie położonym resorcie, gdzie po kilku noclegach w obskurnych motelach, mogliśmy nareszcie poczuć się, jak prawdziwi turyści. Wystarczyło, że przeszliśmy przez ulicę i już byliśmy na szerokiej, pięknej plaży, z białym piaskiem i niesamowitymi zachodami słońca, a także – co ważne – fajnym barem  i rozrywkowymi ludźmi w rożnym wieku ;) Podróżowanie poza sezonem ma wiele uroków, wszędzie jest pusto, nie trzeba robić rezerwacji w restauracjach, ceny są niższe, można przyjrzeć się tym, którzy mieszkają tu na co dzień. Kwiecień to bardzo dobry czas na tę część Stanów.

Jeśli St Petersburg, to oczywiście Dali i muzeum, w którym znajduje się największa kolekcja jego prac poza Europą i największy na świecie zbiór tzw. arcydzieł, czyli dużych formatów. Prywatni kolekcjonerzy, małżeństwo Morse, wybrali to miejsce nie widzieć czemu, ale trzeba im przyznać, że mieli nosa – torreador pasuje do St Petersburga idealnie. Dali to moje wspomnienia z czasów liceum, kiedy uczyłam się o nim na zajęciach z historii sztuki i fascynowała mnie jego technika, wizje, styl życia. Teraz obrazy, które dotąd oglądałam tylko w albumach, zobaczyłam na żywo – dużo emocji :) Tym, którzy szukają jeszcze silniejszych wrażeń, polecam wirtualną wycieczkę 3D “w głąb” obrazu Archaeological Reminiscence of Millet’s “Angelus” – wow!

St Petersburg, zwany też Sunshine City, jest wpisany do księgi rekordów Guinnessa, jako miasto, w którym słońce świeciło nieprzerwanie przez 768 dni.. Hmm, chyba akurat mieliśmy pecha, bo kiedy my tu byliśmy było pochmurno i wiał bardzo silny wiatr.. Na szczęście w okolicy jest sporo dobrych restauracji i barów, więc jest co robić i przy mniej plażowej pogodzie.

Stąd już prosta droga do Miami, ale po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Park Narodowy Everglades, znany z dzikich zwierząt, głównie aligatorów (gator, gator!). Niestety (albo na szczęście) nie udało nam się żadnego spotkać, chociaż godzinny spływ poduszkowcem i naszego szalonego kapitana Marca będę wspominać jeszcze długo.. Nie polecam nikomu o słabych nerwach! Natura piękna, po drodze udało nam się zobaczyć delfiny i szopy!

Dzisiaj, czyli we wtorek, poźnym popołudniem dotarliśmy do Miami. To mniej więcej półmetek naszej podróży. Na liczniku już ok. 4 tys. km. Zostajemy tu przez najbliższe trzy dni, a potem ruszamy na sam południowy koniuszek Stanów, czyli Key West. Stamtąd już widać Kubę :D

 

 

Wir verlassen New Orleans traurig, aber freuen uns uns auf den Weg der vor uns liegt.
Am Golf von Mexico entlang fahren wir via den Staaten Mississippi und Alabama nach Florida. Zum übernachten machten wir halt in Fort Walton Beach. Eine Feriendestination vergleichbar zum Beispiel mit der Adria bei uns. Sehr schöner, weisser und feiner Sandstrand und das Meer angenehm warm.
Am nächsten Tag der Küste entlang und via Interstate 75 nach Sant Petersburg. Tampa als eine wichtige und grosse Stadt in Florida liessen wir links liegen.
Wir hatten eine kleine Unterkunft mit Sicht auf eine Bucht am St. Pete Beach. Sonnenuntergang an Strandbar inklusive.
Am folgenden Morgen machten wir uns auf in das Salvador Dali Museum. Es ist das zweitgrösste Dali Museum nach dem in seinem Heimatort Figueres (Spanien). Beeindruckende Bilder vom kleinen Bildchen bis zum Masterwork von einigen Quadratmetern. Man konnte sogar kostenlos einen Audioführer nehmen.
Am Nachmittag wollten wir uns am Strand erholen. Auch sehr feiner und weisser Sand. Jedoch machte uns der starke Wind einen Strich durch die Rechnung. Um vom Sand gestrahlt zu werden machten wir uns es auf unserer windgeschützten Terrasse im Hotel gemütlich.

Weiter Südwärts via Naples trafen wir am frühen Nachmittag in Everglades City ein. Wenn schon Florida dann mussten wir auch eine Airboat Tour machen. Es gibt verschiedene Möglichkeiten, Graslandschaft, Mangroven oder kombiniert. Wir entschieden uns für eine 1 Stünde Mangroventour. Kaum platzgenommen ging es schon los immer mit dem Lärm vom Motor und Propeller. Als erstes sahen wir Delphine, so nah, man konnte sie fast berühren. Den Wasserstrassen entlang ging es weiter in die Mangroven. Leider sahen wir keine Alligatoren, diese bevorzugen eher frischeres Wasser. Dafür trafen wir noch Waschbären in einer Lichtung. Nach nur 1 Stunde war es auch schon fertig. Nur zu empfehlen.

Gegen Abend trafen wir dann in Miami Beach in unserer Unterkunft ein. Nach einem gemütlichen Abend mit Essen und Trinken freuen wir uns auf die nächsten zwei Tage in Miami.