Miami & Key West

IMG_4675

Po kilku dniach spędzonych w Miami prawie nauczyliśmy się hiszpańskiego :) Miasto milionerów, hoteli-kolosów i sceneria raperskich teledysków rzeczywiście klimatem bardziej przypomina Kubę niż te Stany, które do tej pory poznaliśmy. Żar tropików, palmy, Latynosi.. Wikipedia mówi, że tylko 30 proc. mieszkańców mówi na co dzień po angielsku. Są miejsca, gdzie naprawdę trudno się dogadać, na szczęście “dos empanadas” wystarczy, żeby nie umrzeć z głodu ;)

Miami już na samym początku oszołomiło mnie architekturą. Wjechaliśmy do Miami Beach i nagle zrobiło się ciemno.. Wzdłuż jednej z głównych ulic – Collins Street – białe olbrzymy tworzą mur, za którym jest już tylko piasek i Atlantyk. Mieszkaliśmy na North Beach, wystarczyło przejść przez ulicę i byliśmy na plaży, tej mniej popularnej i mniej turystycznej niż South Beach, ale za to z bardziej lokalnym smaczkiem.

Mieszkańcy Miami dużo się ruszają i wydają się nieczuli na ponad 30-stopniowe upały (nie chce wiedzieć, jak tu jest latem), za co ich szczerze podziwiam. Biegaczy i rowerzystów widać o każdej porze dnia, a strój sportowy obowiązuje nawet wieczorami w restauracjach. Z praktycznych informacji turystycznych – po mieście można się poruszać za darmo śmiesznymi, staromodnymi Miami Beach Trolleys (niestety odkryliśmy to dopiero w ostatni wieczór).

Miami to nie tylko plaże, choć to wokół nich toczy się w dużej mierze życie miasta. South Beach to dla mnie przede wszystkim wspaniała architektura Art Deco – Miami w takim stylu zostało odbudowane po wielkim huraganie w 1926 r. Są i bardziej współczesne architektoniczne perełki, jak budynek sali koncertowej New World Center projektu Franka Gehry. South Beach to też słynna ulica Ocean Drive, gdzie dniem i nocą paradują ludzie i auta, tam są też najbardziej turystyczne bary i restauracje (uwaga na ceny!). Za dnia jest nawet dość przyjemnie, nocą to miejsce staje się nie do zniesienia. Starsi panowie z wężami na szyjach, półnagie panny (widoku niektórych nie da się niestety odzobaczyć), pijani turyści, a wszystko okraszone porządną dawką decybeli latynoskich hitów. Plus gęste, wilgotne powietrze. Dla mnie mieszanka wybuchowa.

Idealnie czułam się za to w Wynwood, alternatywnej dzielnicy leżącej niedaleko Downtown Miami. Kolorowe murale, galerie sztuki, dizajnerskie butiki i knajpy. Oooo tak! Mocno tam hipstersko, ale to dobra odskocznia od klimatów beach latino. Przy okazji, w drodze do Wynwood przeszliśmy przez całą Little Haiti (podkreślam: przeszliśmy – co już wzbudza podejrzenia, jak to tak chodzić, skoro można jechać autem) – lepiej omijać z daleka. To drugie oblicze Miami – tak zresztą, jak i każdego dużego, nie tylko amerykańskiego miasta.

Jedzenie w Miami – to temat na osobny rozdział! Kuchnia kubańska, karaibska, brazylijska.. mmmm.. Sporo kulinarnych inspiracji, do przetestowania w domu :) Miami, z całym swoim luzem i latino glamour, ma coś, co przyciąga i sprawia, że chce się tam być. Śniadanie na plaży, kąpiel w oceanie, litrowa margharita na Ocean Drive, kolacja w małej kubańskiej knajpie, gdzie nikt nie mówi po angielsku, i te ogromne białe hotele.. – to wspomnienia, które długo we mnie zostaną.

Po Miami przyszedł czas na Florida Keys. Postanowiliśmy dojechać aż do ostatniej wysepki, czyli Key West, gdzie znajduje się najdalej na południe wysunięty punkt kontynentalnych Stanów. Stąd do Kuby jest już tylko 90 mil (ok. 140 km). Droga na Key West jest dość monotonna i powolna (większość jedzie się tylko jednym pasem ruchu) choć woda (po lewej stronie Atlantyk, po prawej Zatoka Meksykańska) ma tutaj piękny jasnoturkusowy odcień. Od ostatniego miasta na kontynencie, Florida City, do samego końca archipelagu wysp (zostały połączone w 1910 r., początkowo drogą kolejową, dopóki nie zniszczył jej huragan – do dzisiaj widać pozostałości zburzonych mostów kolejowych) są dokładnie 126 mile i 42 mosty.. Zerowa mila znajduje się w Key West.

Tutaj to już Kuba na całego! Urocze kolorowe, drewniane domki, bujna roślinność, kokosy sprzedawane za 5 dolarów(!) na ulicach, zapach morza i kurortowy luz-blues. I wilgotny, klejący upał.. :/ Pierwsze co pobiegłam oczywiście do domu Ernesta Hemingwaya! Mieszkał tu w latach 1931-1939 i tu napisał m.in. “Komu bije dzwon” i “Śniegi Kilimandżaro”. Cały dom i ogród opanowany jest przez słynne sześciopalczaste koty, jest ich tu aż ok. 50, choć większość się chowa. Po wizycie w domu, można strzelić szklankę rumu w Sloppy Joe Bar, którego Hemingway był stałym rezydentem (w czasach Wielkiej Depresji tylko jego stać było na picie). Pisarz był tak związany z tym miejscem, że przy basenie, który kosztował go 20 tys. dolarów (za dom zapłacił tylko 8 tys.) zbudował sobie fontannę z przytarganego z baru sedesu..

Key West na pierwszy rzut oka wydaje się cichym, sennym nadmorskim kurortem, ale wystarczy poczekać do zachodu słońca i przejść się główną Duval Street w kierunku morza, a odkrywa się drugie oblicze miasteczka. Oblicze turystyczno-imprezowe. Lokalsi ponoć bardzo nie lubią Duval i jej okolic, co im wcale nie przeszkadza się tu dobrze bawić. Wieczorem poszliśmy na Mallory Square, obejrzeć zachód słońca na molo i trafiliśmy na wielką imprezę, z pokazami lotniczymi i inscenizacją bitwy morskiej :D Okazało się, że załapaliśmy się na obchody 35. rocznicy proklamacji Conch Republic (Republiki Muszli) – samozwańczego państwa, które stworzyli sobie mieszkańcy archipelagu Florida Keys w proteście przeciwko amerykańskiej polityce antymigracyjnej w latach 80. XX wieku. Niby takie śmichy chichy, ale Republika ma nawet swój hymn i wydaje paszporty. Choć trudno powiedzieć, czy to lokalny patriotyzm czy tylko historyjka dla turystów.

Key West to mekka rybaków, artystów, tułaczy, wolnych duchów i freaków ze Stanów i całego świata. Takich, jak poznana przez nas para – Brazylijka i Amerykanin z Utah. Przyjechali kiedyś na weekend i tak zostali, już od siedmiu lat mieszkają na łódce. Bawią się w piratów, uczą nurkowania, grają w siatkówkę, pływają i piją ;) Twierdzą, że na Key West ludzie nie mają problemów, no może z wyjątkiem upałów i czasem zbyt silnego wiatru, ale do tego przecież można się przyzwyczaić. Key West nas urzekło, może nawet byśmy tu dobrze pasowali ;) Następnym razem na pewno zostaniemy dłużej.

Z pewnym niedosytem wróciliśmy do Miami i pojechaliśmy dalej na północ, w kierunku Cape Canaveral. Po drodze zatrzymaliśmy się w Palm Beach obejrzeć słynny historyczny hotel The Breakers (tak, kochamy hotele!). Budynek otwarto w 1896 roku, a w latach 20. XX wieku odbudowano, po tym, jak strawił go pożar. Został zaprojektowany na wzór rzymskiej Villa Medici i jest naprawdę spektakularny, zarówno z zewnątrz, jak i w środku. Najtańszy pokój kosztuje ponad 800 dolarów za noc.. więc ze spuszczonymi głowami udaliśmy się do obskurnego motelu w miejscowości o nic niemówiącej nazwie Stuart w samym środku niczego (wymuszona kolacja w Macu, nic innego nie było w pobliżu). Przed nami kilka ostatnich dni w Stanach, podczas których jeszcze sporo się wydarzy. Stay tuned!

 

 

Miami, das kommt mir spanisch vor….

Welcome to Miami, oder so. Man spricht hier Spanisch, überall, wirklich überall. 70% der Leute in Miami sprechen Spanisch. Vielleicht versteht mann mich hier besser weil alle mit einem Akzent englisch sprechen wie ich.

Das Wetter ist heiss und feucht, halt tropisch. Aber wenn ich den Wetterbericht aus der Schweiz sehe bin ich froh hier zu sein. Unser Hotel ist in North Beach und einen Katzensprung vom Strand entfernt. Ein Studiokomplex und sehr günstig (190 Dollar für 3 Nächte) Am ersten Tag machten wir uns mit dem Bus auf zu South Beach, dem Art Deco District und Ocean Drive. Unterwegs viele Hotels, Villen mit den passenden Jachten davor. Wirklich schön und beeindruckend. Wir machten uns zu Fuss auf den Weg im Art Deco District. Sehr schöne Häuser aus den Anfangszeiten des Tourismus in Miami (20er bis 40er Jahre). Sehr farbig und voller Leben. Am Ocean Drive genehmigten wir uns am Nachmittag einen Drink und etwas zu essen.

Zweiter Tag Richtung Downtown mit Bus und zu Fuss zum Wynwood Viertel. Wir mussten ziemlich weit laufen und trafen fast niemanden unterwegs. Amerika ist ein Land der Autofahrer. Es war aber auch sehr heiss…..

Das ganze Wynwood Viertel ist voll mit Mural. Jedes Gebäude hat mindestens eine Wand die mit irgendetwas bemalt ist. Sehr interessant und abwechslungsreich. Man kann Stunden dort verbringen.

Am Abend ging es zurück zum Ocean Drive um das Nachtleben zu spüren. Nun, wir sind wohl etwas zu alt oder wir waren zu müde. Es war zu viel von allem: Menschen, Musik, Lärm und Essen. Wir assen wohl die teuerste Paella der Welt. 150 Dollar!! Man sollte halt vorher fragen wie viel sie kostet…selber Schuld. Man merkte dass das Personal nur auf das Geld der Besucher aus war. Wieder etwas gelernt.

Nun ab in den südlichsten Süden der USA, Key West. Nach ca. 3,5 Stunden fahrt erreichten wir Key West über 42 Brücken nach dem Mittag. Wir hatten eine kleine Unterkunft im alten Teil der Stadt. Zu Fuss waren alle Sehenswürdigkeiten erreichbar. Nur 5 Minuten zum Ernest Hemingway Haus wo er zwischen 1931 und 1939 lebte. Sehr spannend die Geschichte um Ihn zu erleben. Auch viele Katzen leben immer noch hier auf seinem Areal. Er hatte wirklich ein Leben das ziemlich viele von uns wünschen. Am Morgen schreiben, am Nachmittag fischen und am Abend in der Sloppy Joe Bar trinken. Diese Besuchten wir auch noch am Abend. Sie liegt in der Duval Street, einer Hauptstrasse wo sich das Leben in der Nacht abspielt. Ähnlich der Bourbon Street in New Orleans, einfach kleiner.

Wir hatten Glück da an diesem Tag im Hafen noch der Independence Day von Key West gefeiert wird. 1982 haben die Leute von Key West die Conch Republic gegründet, die Unabhängigkeit. Weil die USA eine Brücke nach Key West gesperrt hatten, um Imigranten den Weg zu versperren, Gründeten Sie aus Protest die Republik. Um dies zu feiern bekämpfen sich zwei Gruppen auf Booten mit grossen Wasserwerfern bis ein Team gewonnen hat. Bin nicht wirklich hinter die Regeln gekommen war aber Lustig.

Am südlichsten Punkt waren wir natürlich auch. Auch wenn er nicht wirklich der Südlichste ist. Der liegt leider auf dem Areal des Militärs und ist nicht besuchbar.

Witzig auch die vielen Hühner und Hähne die frei umherlaufen und am Morgen hört man den Hahn krähen. Man fühlt sich wie auf einem Bauernhof.

Nach Key West geht es wieder Richtung Norden. Halt in Palm Beach, nicht um Trump zu besuchen. Der ist gerade nicht da. Nein, das Breakers Hotel wollten wir uns anschauen. Ein Beeindruckender Bau nach italienischem Vorbild im Jahr 1896 gebaut worden. Must see wenn man dort ist. Luxus pur in allen Bereichen, sogar auf den Toiletten die wir besuchten….. Gerne wären wir geblieben, aber die 800 Dollar für eine Nacht war uns doch etwas zu viel.

Nach einem Imbiss fuhren wir noch das letzte Stück bis nach Stuart zu unserem Nachtqaurtier. Nicht so wie das Breakers, aber für 72 Dollar erwarten wir das auch nicht.

Gulf of Mexico & Everglades

IMG_7063

Ostatnie kilka dni spędziliśmy w drodze, z kilkoma przerwami na odpoczynek. Jako że jesteśmy już na Florydzie, jest gorąco, wszędzie palmy, plaże i emeryci :) Ale jakie plaże!

Pierwszy przystanek za Nowym Orleanem to był Fort Walton Beach – niewielka miejscowość nad Zatoką Meksykańską. Pierwszy raz w tym roku poczułam piasek pod stopami, a piasek tu jest biały jak śnieg (lub, jak twierdzą niektórzy, jak kokaina ;)) i ma konsystencję mąki (lub wiadomo czego..) ;) Woda ma niesamowity, zielono-turkusowy odcień i tak, jak nie przepadam za plażowaniem, to tu mogłabym spędzić chyba nawet całe wakacje – jest pięknie! Niestety, czas goni..

Z Fort Walton udaliśmy się dalej na wschód do St Petersburga. Po drodze wjechaliśmy na Scenic Highway 30A, która prowadzi wzdłuż wybrzeża, z niekończącymi się białymi plażami i uroczymi kolorowymi, drewnianymi domkami (kilka udało mi się uchwycić na zdjęciach). To jest dokładnie mój klimat! Jako dziewczę znad morza, na Florydzie czuję się jak ryba w wodzie ;) Gdyby jeszcze tylko było z kilka stopni C mniej.. :/ W St Petersburgu zostaliśmy dwie noce, w bardzo przyjemnie położonym resorcie, gdzie po kilku noclegach w obskurnych motelach, mogliśmy nareszcie poczuć się, jak prawdziwi turyści. Wystarczyło, że przeszliśmy przez ulicę i już byliśmy na szerokiej, pięknej plaży, z białym piaskiem i niesamowitymi zachodami słońca, a także – co ważne – fajnym barem  i rozrywkowymi ludźmi w rożnym wieku ;) Podróżowanie poza sezonem ma wiele uroków, wszędzie jest pusto, nie trzeba robić rezerwacji w restauracjach, ceny są niższe, można przyjrzeć się tym, którzy mieszkają tu na co dzień. Kwiecień to bardzo dobry czas na tę część Stanów.

Jeśli St Petersburg, to oczywiście Dali i muzeum, w którym znajduje się największa kolekcja jego prac poza Europą i największy na świecie zbiór tzw. arcydzieł, czyli dużych formatów. Prywatni kolekcjonerzy, małżeństwo Morse, wybrali to miejsce nie widzieć czemu, ale trzeba im przyznać, że mieli nosa – torreador pasuje do St Petersburga idealnie. Dali to moje wspomnienia z czasów liceum, kiedy uczyłam się o nim na zajęciach z historii sztuki i fascynowała mnie jego technika, wizje, styl życia. Teraz obrazy, które dotąd oglądałam tylko w albumach, zobaczyłam na żywo – dużo emocji :) Tym, którzy szukają jeszcze silniejszych wrażeń, polecam wirtualną wycieczkę 3D “w głąb” obrazu Archaeological Reminiscence of Millet’s “Angelus” – wow!

St Petersburg, zwany też Sunshine City, jest wpisany do księgi rekordów Guinnessa, jako miasto, w którym słońce świeciło nieprzerwanie przez 768 dni.. Hmm, chyba akurat mieliśmy pecha, bo kiedy my tu byliśmy było pochmurno i wiał bardzo silny wiatr.. Na szczęście w okolicy jest sporo dobrych restauracji i barów, więc jest co robić i przy mniej plażowej pogodzie.

Stąd już prosta droga do Miami, ale po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Park Narodowy Everglades, znany z dzikich zwierząt, głównie aligatorów (gator, gator!). Niestety (albo na szczęście) nie udało nam się żadnego spotkać, chociaż godzinny spływ poduszkowcem i naszego szalonego kapitana Marca będę wspominać jeszcze długo.. Nie polecam nikomu o słabych nerwach! Natura piękna, po drodze udało nam się zobaczyć delfiny i szopy!

Dzisiaj, czyli we wtorek, poźnym popołudniem dotarliśmy do Miami. To mniej więcej półmetek naszej podróży. Na liczniku już ok. 4 tys. km. Zostajemy tu przez najbliższe trzy dni, a potem ruszamy na sam południowy koniuszek Stanów, czyli Key West. Stamtąd już widać Kubę :D

 

 

Wir verlassen New Orleans traurig, aber freuen uns uns auf den Weg der vor uns liegt.
Am Golf von Mexico entlang fahren wir via den Staaten Mississippi und Alabama nach Florida. Zum übernachten machten wir halt in Fort Walton Beach. Eine Feriendestination vergleichbar zum Beispiel mit der Adria bei uns. Sehr schöner, weisser und feiner Sandstrand und das Meer angenehm warm.
Am nächsten Tag der Küste entlang und via Interstate 75 nach Sant Petersburg. Tampa als eine wichtige und grosse Stadt in Florida liessen wir links liegen.
Wir hatten eine kleine Unterkunft mit Sicht auf eine Bucht am St. Pete Beach. Sonnenuntergang an Strandbar inklusive.
Am folgenden Morgen machten wir uns auf in das Salvador Dali Museum. Es ist das zweitgrösste Dali Museum nach dem in seinem Heimatort Figueres (Spanien). Beeindruckende Bilder vom kleinen Bildchen bis zum Masterwork von einigen Quadratmetern. Man konnte sogar kostenlos einen Audioführer nehmen.
Am Nachmittag wollten wir uns am Strand erholen. Auch sehr feiner und weisser Sand. Jedoch machte uns der starke Wind einen Strich durch die Rechnung. Um vom Sand gestrahlt zu werden machten wir uns es auf unserer windgeschützten Terrasse im Hotel gemütlich.

Weiter Südwärts via Naples trafen wir am frühen Nachmittag in Everglades City ein. Wenn schon Florida dann mussten wir auch eine Airboat Tour machen. Es gibt verschiedene Möglichkeiten, Graslandschaft, Mangroven oder kombiniert. Wir entschieden uns für eine 1 Stünde Mangroventour. Kaum platzgenommen ging es schon los immer mit dem Lärm vom Motor und Propeller. Als erstes sahen wir Delphine, so nah, man konnte sie fast berühren. Den Wasserstrassen entlang ging es weiter in die Mangroven. Leider sahen wir keine Alligatoren, diese bevorzugen eher frischeres Wasser. Dafür trafen wir noch Waschbären in einer Lichtung. Nach nur 1 Stunde war es auch schon fertig. Nur zu empfehlen.

Gegen Abend trafen wir dann in Miami Beach in unserer Unterkunft ein. Nach einem gemütlichen Abend mit Essen und Trinken freuen wir uns auf die nächsten zwei Tage in Miami.

Mississippi & New Orleans

IMG_4429

Z Memphis wjechaliśmy na Hwy 61, zwaną (jakby inaczej) The Blues Highway, którą przejechaliśmy przez cały stan Mississippi z góry na dół, mniej lub bardziej wzdłuż jednej z największych rzek w USA. Po drodze pola, pola, pola.. Płasko i nudno. Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę w położonym nad rzeką małym miasteczku Viksburg, które podczas wojny secesyjnej przez 47 dni broniło strategicznego dostępu do portu Mississippi. Było też pierwszym miejscem w Stanach, gdzie sprzedawano Colę w butelkach ;) Wszystkiego dowiedzieliśmy się z murali, na których odmalowano historię miasta.

Za Viksburgiem wjechaliśmy na Natchez Trace Parkway, jedną z najstarszych dróg w Stanach, porównywalną z legendarną Route 66. Na jej końcu znajduje się kopiec Emerald, pozostałość dawnej wioski Indian Natchez, drugiej co do wielkości prekolumbijskiej osady w USA. To ostatni przystanek przed granicą stanu Louisiana. Louisiana.. i nagle wszystko stało się francuskie :) Tu toczy się akcja mojego ulubionego serialu o wampirach True Blood! Magia, voodoo, Zatoka Meksykańska, dziwny akcent, huragany, karaibska kuchnia, no i wiadomo jazz. Tuż przed Nowym Orleanem przejechaliśmy jeszcze przez plantacje bawełny, dzisiaj w większości przerobione na resorty dla turystów, spa i restauracje. Ogromne posiadłości z bogatymi domami robią wrażenie, przy niektórych zachowano nawet drewniane chatki-baraki, w których mieszkali pracujący przy uprawach niewolnicy. Niektóre plantacje można zwiedzać, są w nich muzea poświęcone historii niewolnictwa w Stanach Południowych. My niestety dotarliśmy tam za późno, wszystko było już zamknięte, stąd tylko kilka zdjęć zrobionych przez ogrodzenie.

Do Nowego Orleanu dotarliśmy późnym wieczorem, po 11 godzinach w drodze. O godzinie 22 wciąż było gorąco, ok. 25 stopni. Nasz „hotel“ okazał się studencką oberżą, dostaliśmy pokój na poddaszu, z dziurą w ścianie zamiast klimatyzacji i krzywą podłogą ;) Ale przynajmniej byliśmy w centrum, pomiędzy Garden District i French Quarter. Szybka kanapka z ostrygami, piwo i spaaaać!

W Nowym Orleanie spędziliśmy tylko jeden dzień, ale to wystarczyło, żeby znalazł się w moim Top 3 amerykańskich miast, które dotąd poznałam (za NYC i LA). Mówi się, że to najbardziej europejskie miejsce w Stanach i rzeczywiście są momenty, kiedy można się tam poczuć, jak w Paryżu albo w Barcelonie. Zwłaszcza Garden District, zielona dzielnica ze śródziemnomorską architekturą, jest praktycznie wcale nieamerykańska. Trochę tam Francji, trochę Hiszpanii, trochę Grecji. Dużo domów wystawionych na sprzedaż – Kathrina i kryzys finansowy zrobiły swoje. Ale wystarczy wyjść na St Charles, która do razu skojarzyła mi się z Brooklynem, przejechać kilka przystanków historyczną kolejką miejską, wysiąść na Canal Street i tam czuć już klimat dużego amerykańskiego miasta – hałaśliwie, trochę brudno, trochę śmierdzi, bezdomni na ulicach, kręcą się podejrzane typki itp. A potem wpada się do French Quarter, ląduje na Bourbon Street i tam się przepada (to jedno z niewielu miejsc w Stanach, gdzie można pić alkohol na ulicy) ;) Ludzie, muzyka, tańce, słońce.. Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć :)

Po kilku zabójczych daiquiri, zwanych tutaj Hand Granate (granat ręczny), można odpocząć nad rzeką i pogapić się na rożnych dziwnych ulicznych „artystów“. Zmęczeni Bourbon Street poszliśmy poszukać trochę spokoju na równie żywej i kolorowej, ale już mniej turystycznej Frenchmen Street, gdzie praktycznie w każdej knajpie można posłuchać muzyki na żywo przez cały dzień i zjeść jampalaję (ryż z pikantną, naprawdę pikantną kiełbaską). Karaibska kuchnia, afrykańskie kolory, amerykański luz i europejski styl – to Nowy Orlean, nie bez powodu zwany The Big Easy. Baaaardzo mi taka mieszanka pasuje :) Na koniec, po kilku rozmowach z lokalsami, udało nam się poznać sekret wiszących wszędzie pereł. Nie jest zbyt skomplikowany – mają przynosić szczęście, a w praktyce – są łatwym łupem na obwieszających się nimi turystów ;)

Bez pereł, ale z mocnym postanowieniem powrotu do NOLA, ruszyliśmy w kierunku Florydy. Tu spędzimy najbliższy tydzień.

 

Von Memphis ging es südwärts nach New Orleans. Mehr oder weniger dem Mississippi entlang, einfach mehr gerade. Flache Gegend mit Wäldern. In Vicksburg machten wir einen längeren Stopp um sich die Beine zu vertreten und die Atmosphäre vergangener, erfolgreichen Zeit zu spüren. Diese kleine Stadt war wichtig als Verladestation der Eisenbahn auf die grossen Mississippi Fähren um auf der anderen Seite weiter Richtung Westen zu fahren. Ebenso im Bürgerkrieg wurden Gefechte ausgetragen.

Auf dem Natchez Trace Parkway fuhren wir weiter nach Natchez. Dies ist einer der ältesten Strassen in den USA und verläuft kurvig durch die Wälder mit wenig Verkehr. Zu vergleichen mit der Legendären Route 66.

Endlich in New Orleans angekommen gönnten wir uns einen Znacht im Blind Pelican. Zu Fuss in 5 Minuten von unserer Unterkunft entfernt. Wir waren in einer art Jugendherberge im obersten Zimmer. Cooles Haus mit vielen jungen Leuten. Wir fühlten gleich älter….

Am nächsten Tag ging es früh zum Garden District. Sehr schöne Gegend mit vielen alten Häusern, bei uns würde man Altstadtvillen sagen. Grosse Gärten mit Bäumen um fast jedes haus gibt dieser Gegend den Namen. Der Lafayette Friedhof mitten im Quartier ist einer der Ältesten in New Orleans (1833), allerdings war er nur für die besser gestellten Leute gedacht. Man sieht das gut an den grossen Gräbern mit Gruften.

Mit dem alten Tram fuhren wir weiter zum French Quarter, dem Höhepunkt von New Orleans. Tageskarte übrigens kostet 3 Dollar!

Durch die Bourbon Street schlenderten wir quer durch das Quartier. Dies ist ein wenig wie Las Vegas, viele Bars, Clubs und Restaurants und viele Gruppen unterwegs die trinken und Party machen wollen. Auch fast der einzige Ort in den USA wo man draussen Alkohol trinken kann ohne die Flasche in eine braune Tüte stecken zu müssen. Wir haben uns auf anhieb wohl gefühlt. Auch an jeder Ecke Livemusik mit Jazz oder Blues.

Shopping durfte auch nicht fehlen zwischendurch. Zum Nacht mit Livemusik zog es uns an die Frenchman Street, auch bekannt für seine Musiklokale.

An vielen Bäumen, Strassenlaternen und ähnlichem hingen Perlenketten. Nach recherchieren fanden wir heraus dass es mit dem Mardi Grass zu tun hat. Das ist der Karneval hier in New Orleans und Gegend. Es soll Glück bringen und die Ketten werden beim Umzug von den Wagen in das Publikum geworfen. In der Bourbon Street bekommen die Mädchen Ketten das ganze Jahr wenn Sie ihr Shirt heben…..Dies ist wohl eher die Primitive Art des Brauches.

Im Moment sind wir in Fort Walton Beach und machen halt auf unserem Weg nach Tampa und Miami. Schneeweisser Strand und angenehm warmes Wasser. Die Preise für Essen und Trinken sind eher hoch da es hier sehr viele Touristen hat. Aber morgen geht es schon wieder weiter nach Tampa.

 

Walking in Memphis

IMG_4297

Put on my blue suede shoes! Jesteśmy w Memphis, miejscu, gdzie narodził się blues :) Zanim tu trafiliśmy, mieliśmy jednodniową przerwę w Appalachach na ok. 10-kilometrowy trekking do Blood Mountain, najwyższego szczytu masywu górskiego w stanie Georgia (1340 m npm). W porównaniu choćby do Alp, to są niewielkie, zalesione górki (swoją drogą setki milionów lat temu, Appalachy dorównywały wysokością Alpom i Rocky Mountains, potem zaczęła się erozja), ale obecność niedźwiedzi, węży i innych stworów sprawia, że wędrówka była emocjonująca :) Nazwa Blood Mountain wzięła się od krwawych walk, które toczyły w tej okolicy plemiona Indian Cherokee i Creek.

Po nocy w bardzo przyjemnym hotelu nad jeziorem Hiawasee (nigdy więcej Motelu 6!, po trzech nocach w Atlancie mamy dosyć), ruszyliśmy w drogę do Memphis. Przejechaliśmy przez niewielki kawałek Północnej Karoliny i wjechaliśmy do Tenneessy, stanu farmerów i whiskey. Po drodze niskie, drewniane domki z werandą, krowy, stare pick-upy.. W Lynchburg zrobiliśmy postój u Jacka Danielsa. Przy okazji sprostuję błędną informację w Lonely Planet – wycieczka po destylatorni nie jest darmowa, najtańsza opcja kosztuje 13 dolarów. Najśmieszniejsze jest to, że ta najstarsza destylatornia whiskey w USA znajduje się w Mood County, tzw. dry county, czyli okręgu, w którym prawo zabrania sprzedawania mocnych alkoholi ;)

Po nieplanowanym przystanku w Nashville (wymiana auta) i dwóch oberwaniach chmury.. wjechaliśmy na Elvis Presley Boulevard! I tu zaczęło się prawdziwe elvisowe szaleństwo :0 Elvis w hotelowym lobby, Elvis nad łóżkiem, Elvis w telewizji, Elvis w restauracji, Elvis był tu, tu jadł, tu spał, tu robił kupę..

Saw the ghost of Elvis
On Union Avenue
Followed him up to the gates of Graceland
Then I watched him walk right through

Tak śpiewał Marc Cohn w przeboju, który jest nieoficjalnym hymnem Memphis. Tutaj Elvis naprawdę wciąż żyje :) A raczej to miasto żyje nim (i z niego).

Elvis nie urodził się w Memphis (swoją droga, nie wiedziałam o tym, że miał brata bliźniaka, który zmarł przy porodzie), ale jest bez wątpienia dzieckiem tego miasta. To tu, w 1957 r. kupił posiadłość Graceland, gdzie poślubił Priscillę, tu przyszła na świat jego córka Lisa Maria, tutaj umarł i tu jest pochowany. Nie trzeba być wielkim fanem Króla, ale Graceland zobaczyć trzeba. Kilka zdjęć poniżej nie odda całej atmosfery tego miejsca. Jungle room, pokój bilardowy, pokój telewizyjny (mój faworyt), meble, sprzęty z tamtych czasów – jest klimat. Z ciekawostek, Elvis miał w domu 14 telewizorów i mikrofalówkę (pewnie jako jeden z pierwszych w całych Stanach), za którą zapłacił.. 680 dolarów. Motory, łódki, auta (pink cadillac!), samoloty.. To wszystko też można obejrzeć w Graceland. To wielki park rozrywki, poświęcony jednej postaci. W okolicy jest też słynny Heartbreak Hotel, Lonely Street i Love me tender Boulevard ;)

Memphis to nie tylko Elvis. W Sun Studio, przy słynnej Beale Street, nagrywali m.in. Johnny Cash, Joy Orbison, Carl Perkins, Jerry Lee Lewis. W kawiarni, gdzie można napić się piwa korzennego, kupić winyle i całkiem fajne pamiątki, wciąż czuje się atmosferę tamtych lat. Sama Beale Street to prawdziwa świątynia bluesa – muzyka, knajpy, spotkania harleyowców – polecam przejść się późniejszym wieczorem – jest moc! Po tych rock’n’rollowych atrakcjach miło poszukać spokoju (i chłodu, dzisiaj było ponad 30 stopni :() w słynnym Peabody Hotel, gdzie na dachu mieszkały sobie kaczki i codziennie przechadzały się po lobby i pluskały w hotelowej fontannie. Peabody to jedyny hotel na świecie, który zatrudniał Duck Managera ;) Dzisiaj kaczki wciąż robią dobry marketing, a do hotelu warto zajrzeć, bo wygląda spektakularnie, ma w karcie dobre drinki i można się poczuć, jak w starych amerykańskich filmach.

Po jednym dniu w Memphis mamy dość Elvisa, w czwartek rano wyruszamy na południe i planujemy dotrzeć aż do Nowego Orleanu. Louis Armstrong czeka :)

Von Atlanta machten wir uns auf den Weg Richtung Norden. Nach 1,5 Stunden parkierten wir unser Auto und wanderten auf den Blood Mountain, den höchsten Berg in Georgia (ca. 1340m). Die Warnung wie man sich bei einem Kontakt mit Bären verhaltet beruhigte uns nicht wirklich. Wir sahen zum Glück nur ein Eichhörnchen und eine Schlange auf dem Weg. Nach gut 1,5 Stunden waren wir zurück beim Auto und fuhren weiter nach Young Harris wo wir übernachteten.

Am Dienstag startete unser längster Trip bis nach Memphis. Zwischenstopp in Lynchburg war natürlich Pflicht. Jack Daniels hatte dort vor langer Zeit eine Destillerie eröffnet die heute noch besteht. Eine Tour konnten wir leider nicht durchführen da die Zeit doch etwas knapp war. Trotzdem erfuhren wir viel und deuten uns auch im Laden noch mit dem nötigsten ein….

In Nashville machten wir nur einen kurzen Stopp am Flughafen um den Mietwagen zu wechseln. Ein Reifen verlor immer Luft. Mit einem neuen Auto ging es dann nach Memphis wo wir nach 19 Uhr auch eintrafen. Fast unbemerkt haben wir noch 1 Stunde mehr Zeitverschiebung erlebt.

Unser Hotel in Memphis, das Days Inn liegt direkt neben Graceland und wir machten uns am Mittwoch zu Fuss auf den Weg dorthin. Ein muss und nur zu empfehlen auch wenn man kein Elvis Fan ist. Fast das ganze Haus kann besichtigt werden und man bekommt ein Tablet mit Audiokommentar, Fotos und Filmen zu jedem Zimmer. Auch auf Deutsch. Ich wusste nicht dass Elvis eine Zwillingsbruder hatte der bei der Geburt starb. Er hatte auch eine der ersten Mikrowellen von Memphis. Kostete ca. 680 Dollar dazumal.
Auch das Museum auf der anderen Strassenseite scheint ziemlich neu zu sein und in verschiedene Themen aufgeteilt. Seine Autos, Flugzeuge, Konzertkleider usw. ist alles anzusehen. Man kann sich auch in verschiedenen Souvenirshops bis zum Umfallen eindecken. Wir verbrachten mehrere Stunden dort und machten uns am Nachmittag auf den Weg Richtung Downtown.

Die Sun Studios, wo Elvis seine erste Schallplatte aufnahm, besuchten wir auch. Es ist schon eindrücklich an so Geschichtsträchtigen Orten zu sein und sich vorzustellen das Elvis auch hier war.

Zu Fuss ging es weiter ins Peabody Hotel. Jeden Tag werden dort die Hauseigenen Enten im Springbrunnen in der Hotelbar für eine weile vom Dach geholt. Erstanden in den 30er Jahren dank Alkohol vom Manager.

ZNacht gab es im Gus’s World Famous Fries Chicken. Hot and spicy Chicken wirklich sehr gut. Klein aber fein, Tipp.

Auf dem Rückweg noch in der Beale Street vorbei geschaut. Bars und Livemusik an jeder Ecke und viel Leben. Per Zufall war auch noch ein Motorradtreffen oder so. Die ganze Strasse war voll mit Motorrädern, die meisten natürlich Harley Davidson. Herrlich anzuschauen und zu hören.

Georgia on my mind: Atlanta & Stone Mountain

IMG_4004

America, welcome back! Po 13 godzinach lotu, z przesiadką w Toronto, wylądowaliśmy w Atlancie, stolicy stanu Georgia (Peach State). Przyznam, że do tej pory to miasto kojarzyło mi się głównie z olimpijskimi sukcesami Polaków i Edzią Górniak śpiewającą “To Atlanta.. gdy śpiewają stadiony, milkną wojny” ;) No i może jeszcze z “Przeminęło z wiatrem” i “The Walking Dead” (btw nie spotkaliśmy żadnego zombiaka).

Atlanta to stolica południowych Stanów. Pierwsze wrażenie – jak tu zielono! Zupełnie inaczej niż na Dzikim Zachodzie :) Lonely Planet pisze, że to otwarte, kreatywne miasto, które jest “too busy to hate”. To tutaj powstała Coca Cola i znajdują się główne siedziby amerykańskich gigantów – m.in. CNN i lini lotniczych Delta. Tu urodził się Martin Luther King. Z drugiej strony, jak przystało na Południe, czuje się konserwatywny klimacik (piwo tylko po okazaniu dowodu, nieważne, ile masz lat, a są miejsca, gdzie alkoholu nie serwują wcale) i jest pobożnie (pełno kościołów na przedmieściach i In God we trust na co drugich blachach aut).

Wizytę w Atlancie zaczęliśmy od słynnego akwarium, które aż do 2015 r. było największe na świecie (potem przegoniło je to w Singapurze). Początkowo wcale nie chcieliśmy tam iść, no bo rybki oglądać, eeee. A miejsce jest niesamowite! Największe wrażenie robi przeszklony tunel, gdzie nad głowami pływały nam rekiny wielorybie :) Absolutne must see!

Dla mnie oczywiście najważniejsze było CNN :) Niestety nie udało mi się zobaczyć przy pracy ani Andersona Coopera ani Wolfa Blitzera.. Wielka Sobota, popołudnie, było trochę sennie i pustawo. Wycieczka trwała zaledwie 50 minut, podejrzeliśmy reżyserkę przed wejściem na wizję, zajrzeliśmy przez szybę do newsroomów, a na koniec obejrzeliśmy propagandowy filmik “jacy to jesteśmy zajebiści”. Spodziewałam się nieco więcej, ale.. zawsze chciałam tam trafić i byłam! ;) Z ciekawych rzeczy, dowiedziałam się, że CNN nie nadaje live na lotniskach.

Niedzielę Wielkanocną zaczęliśmy typowym amerykańskim śniadaniem (przynajmniej były jajka) i wizytą w World of Coca Cola. Już na wejściu, kiedy zdarli nam etykietkę z butelki z wodą, poczuliśmy, że jesteśmy w świątyni ;) Tutaj propagandowy filmik był na początku. Co jak co, ale to mistrzowie marketingu. Najfajniejsza ze wszystkiego była degustacja napojów z różnych części świata (niektóre smakowały bardzo dziwnie) i możliwość zaprojektowania własnej butelki coli. Poza tym dużo ciekawych historii, np. o tym, jak to Pemberton sprzedał prawa do butelkowania napoju za 1 dolara, bo nie wierzył, że to ma przyszłość ;) Albo o wielkim skandalu i narodowych protestach, kiedy w 1985 r. firma poinformowała o zmianie receptury.

Miejsce, które “odkryliśmy”, bo nie piszą o nim w przewodnikach (a przynajmniej nie w naszym) to Stone Mountain Park. Na górze, która wyrasta nagle z płaskich, zalesionych okolic Atlanty, na wysokości 513 m npm. wyryto największą płaskorzeźbę na świecie (!) przedstawiającą prezydenta Jeffersona Davisa i dwóch generałów: Roberta E. Lee i Thomasa J. Jacksona. Monolit został częściowo opłacony przez Ku Klux Klan, który w tym właśnie miejscu w 1915 r. reaktywował swoją działalność.

Atlanta sprawia wrażenie przyjemnego miasta i na pewno ma więcej do zaoferowania niż to, co udało nam się zobaczyć w dwa dni. W poniedziałek kierujemy się na północ, na mały trekking w Appalachach, a poźniej dalej na zachód do Memphis.

 

Welcome back Amerika. Nach 13 Stunden unterwegs mit Zwischenlandung in Toronto sind wir am Karfreitag um 17 Uhr Ortszeit in Atlanta gelandet. 15 Minuten mit dem Shuttlebus bis zur Mietautostation auf einem der grössten Flughafen der Welt ist nicht sooo lange. Erst nach Verhandlungen bekamen wir einen Buick anstelle von einem Kia. Wenn schon wollen wir in einem Amerikanischem Auto fahren.

Am Abend trafen wir Markus Burri mit seiner Schwester und deren Kindern die auch zu Besuch waren. Wegen Ihm sind wir überhaupt nach Atlanta geflogen. Ausser Coca Cola, CNN und den Olympischen Spielen 1996 haben wir nicht viel gekannt. Zum essen gingen wir natürlich in ein Barbecue Restaurant. Die Freude bei unserer Vegetarierin hielt sich in Grenzen.

Am Samstag ging es früh in die City. Im Zentrum ist alles wichtige in Gehdistanz. Im Parkhaus von Coca Cola parkiert man für 10 Dollar den ganzen Tag.
Als erstes gingen wir ins Georgia Aquarium, das Zweitgrösste der Welt. Ein riesiges Becken mit einem Glastunnel verschlug uns den Atem. 4 Wahlhaie, Mantarochen, kleinere Haie, Schildkröten und viele Fische begegneten uns. Wahnsinn! Das muss man gesehen haben. Besonders wenn man selber nicht taucht. Auch die Beluga Wale waren eindrücklich. Das Aquarium ein must see in Atlanta.
Danach ging es zu CNN für eine Tour die Markus für uns gebucht hat. Diese war nach dem Aquarium nicht mehr so wow, aber trotzdem interessant. Wie überall in Amerika alles grosse Show mit motivierten Mitarbeitern. 50 Minuten gingen schnell vorbei, aber das wars dann auch. Am Abend noch vietnamesisch Essen mit anschliessender Suche nach einem guten Kaffee.

Sonntag nochmals in die City für Coca Cola World. Wir hatten übrigens einen Citypass gekauft für 75 Dollar mit allen Eintritten wo wir waren und noch einigen mehr. Zu empfehlen. Auch wieder grosse Show mit kommerziellem Film und vielen Werbeartikel zu kaufen. Interessant die Geschichte von Coca Cola und Details die man nicht unbedingt weiss. Zum Bespiel hat den Verkauf in Flaschen nicht als wichtig empfunden und die Produktion für 1 Dollar verkauft. Er sah keine Zukunft für diese neue Verpackungsform. Wie man heute weiss war das ein Fehler.

Nach der City zog es uns aufs Land zum Stone Mountain Park im Osten der Stadt. Ein riesiger Monolith aus Granit steht mitten im Wald. 8 Kilometer Umfang und ca. 250 Meter hoch über dem Grund. Man kann nach oben laufen, und Garaventa sei Dank, gibt es eine Seilbahn nach oben. Wir haben uns für die Seilbahn entschieden da es schlicht zu heiss war zum laufen (27 Grad und lange Hosen). Die Aussicht war super. Die Skyline von Atlanta im Westen und rundherum nur Wald. Wirklich nur Wald. Ab und zu ein paar Häuser oder Industrieanlagen, aber sonst nur Wald. Bei klarem Wetter sieht man die Bergkette im Norden, die Appalachen. Aber zu denen dann morgen mehr.
Leider war das Essen nicht der Hammer. Aber wenn man Hunger hat….

Am Abend nochmals Essen mit Markus bevor es dann am Montag mit unserer Tour losgeht. Wanderung in den Blood Mountains.