Walking in Memphis

IMG_4297

Put on my blue suede shoes! Jesteśmy w Memphis, miejscu, gdzie narodził się blues :) Zanim tu trafiliśmy, mieliśmy jednodniową przerwę w Appalachach na ok. 10-kilometrowy trekking do Blood Mountain, najwyższego szczytu masywu górskiego w stanie Georgia (1340 m npm). W porównaniu choćby do Alp, to są niewielkie, zalesione górki (swoją drogą setki milionów lat temu, Appalachy dorównywały wysokością Alpom i Rocky Mountains, potem zaczęła się erozja), ale obecność niedźwiedzi, węży i innych stworów sprawia, że wędrówka była emocjonująca :) Nazwa Blood Mountain wzięła się od krwawych walk, które toczyły w tej okolicy plemiona Indian Cherokee i Creek.

Po nocy w bardzo przyjemnym hotelu nad jeziorem Hiawasee (nigdy więcej Motelu 6!, po trzech nocach w Atlancie mamy dosyć), ruszyliśmy w drogę do Memphis. Przejechaliśmy przez niewielki kawałek Północnej Karoliny i wjechaliśmy do Tenneessy, stanu farmerów i whiskey. Po drodze niskie, drewniane domki z werandą, krowy, stare pick-upy.. W Lynchburg zrobiliśmy postój u Jacka Danielsa. Przy okazji sprostuję błędną informację w Lonely Planet – wycieczka po destylatorni nie jest darmowa, najtańsza opcja kosztuje 13 dolarów. Najśmieszniejsze jest to, że ta najstarsza destylatornia whiskey w USA znajduje się w Mood County, tzw. dry county, czyli okręgu, w którym prawo zabrania sprzedawania mocnych alkoholi ;)

Po nieplanowanym przystanku w Nashville (wymiana auta) i dwóch oberwaniach chmury.. wjechaliśmy na Elvis Presley Boulevard! I tu zaczęło się prawdziwe elvisowe szaleństwo :0 Elvis w hotelowym lobby, Elvis nad łóżkiem, Elvis w telewizji, Elvis w restauracji, Elvis był tu, tu jadł, tu spał, tu robił kupę..

Saw the ghost of Elvis
On Union Avenue
Followed him up to the gates of Graceland
Then I watched him walk right through

Tak śpiewał Marc Cohn w przeboju, który jest nieoficjalnym hymnem Memphis. Tutaj Elvis naprawdę wciąż żyje :) A raczej to miasto żyje nim (i z niego).

Elvis nie urodził się w Memphis (swoją droga, nie wiedziałam o tym, że miał brata bliźniaka, który zmarł przy porodzie), ale jest bez wątpienia dzieckiem tego miasta. To tu, w 1957 r. kupił posiadłość Graceland, gdzie poślubił Priscillę, tu przyszła na świat jego córka Lisa Maria, tutaj umarł i tu jest pochowany. Nie trzeba być wielkim fanem Króla, ale Graceland zobaczyć trzeba. Kilka zdjęć poniżej nie odda całej atmosfery tego miejsca. Jungle room, pokój bilardowy, pokój telewizyjny (mój faworyt), meble, sprzęty z tamtych czasów – jest klimat. Z ciekawostek, Elvis miał w domu 14 telewizorów i mikrofalówkę (pewnie jako jeden z pierwszych w całych Stanach), za którą zapłacił.. 680 dolarów. Motory, łódki, auta (pink cadillac!), samoloty.. To wszystko też można obejrzeć w Graceland. To wielki park rozrywki, poświęcony jednej postaci. W okolicy jest też słynny Heartbreak Hotel, Lonely Street i Love me tender Boulevard ;)

Memphis to nie tylko Elvis. W Sun Studio, przy słynnej Beale Street, nagrywali m.in. Johnny Cash, Joy Orbison, Carl Perkins, Jerry Lee Lewis. W kawiarni, gdzie można napić się piwa korzennego, kupić winyle i całkiem fajne pamiątki, wciąż czuje się atmosferę tamtych lat. Sama Beale Street to prawdziwa świątynia bluesa – muzyka, knajpy, spotkania harleyowców – polecam przejść się późniejszym wieczorem – jest moc! Po tych rock’n’rollowych atrakcjach miło poszukać spokoju (i chłodu, dzisiaj było ponad 30 stopni :() w słynnym Peabody Hotel, gdzie na dachu mieszkały sobie kaczki i codziennie przechadzały się po lobby i pluskały w hotelowej fontannie. Peabody to jedyny hotel na świecie, który zatrudniał Duck Managera ;) Dzisiaj kaczki wciąż robią dobry marketing, a do hotelu warto zajrzeć, bo wygląda spektakularnie, ma w karcie dobre drinki i można się poczuć, jak w starych amerykańskich filmach.

Po jednym dniu w Memphis mamy dość Elvisa, w czwartek rano wyruszamy na południe i planujemy dotrzeć aż do Nowego Orleanu. Louis Armstrong czeka :)

Von Atlanta machten wir uns auf den Weg Richtung Norden. Nach 1,5 Stunden parkierten wir unser Auto und wanderten auf den Blood Mountain, den höchsten Berg in Georgia (ca. 1340m). Die Warnung wie man sich bei einem Kontakt mit Bären verhaltet beruhigte uns nicht wirklich. Wir sahen zum Glück nur ein Eichhörnchen und eine Schlange auf dem Weg. Nach gut 1,5 Stunden waren wir zurück beim Auto und fuhren weiter nach Young Harris wo wir übernachteten.

Am Dienstag startete unser längster Trip bis nach Memphis. Zwischenstopp in Lynchburg war natürlich Pflicht. Jack Daniels hatte dort vor langer Zeit eine Destillerie eröffnet die heute noch besteht. Eine Tour konnten wir leider nicht durchführen da die Zeit doch etwas knapp war. Trotzdem erfuhren wir viel und deuten uns auch im Laden noch mit dem nötigsten ein….

In Nashville machten wir nur einen kurzen Stopp am Flughafen um den Mietwagen zu wechseln. Ein Reifen verlor immer Luft. Mit einem neuen Auto ging es dann nach Memphis wo wir nach 19 Uhr auch eintrafen. Fast unbemerkt haben wir noch 1 Stunde mehr Zeitverschiebung erlebt.

Unser Hotel in Memphis, das Days Inn liegt direkt neben Graceland und wir machten uns am Mittwoch zu Fuss auf den Weg dorthin. Ein muss und nur zu empfehlen auch wenn man kein Elvis Fan ist. Fast das ganze Haus kann besichtigt werden und man bekommt ein Tablet mit Audiokommentar, Fotos und Filmen zu jedem Zimmer. Auch auf Deutsch. Ich wusste nicht dass Elvis eine Zwillingsbruder hatte der bei der Geburt starb. Er hatte auch eine der ersten Mikrowellen von Memphis. Kostete ca. 680 Dollar dazumal.
Auch das Museum auf der anderen Strassenseite scheint ziemlich neu zu sein und in verschiedene Themen aufgeteilt. Seine Autos, Flugzeuge, Konzertkleider usw. ist alles anzusehen. Man kann sich auch in verschiedenen Souvenirshops bis zum Umfallen eindecken. Wir verbrachten mehrere Stunden dort und machten uns am Nachmittag auf den Weg Richtung Downtown.

Die Sun Studios, wo Elvis seine erste Schallplatte aufnahm, besuchten wir auch. Es ist schon eindrücklich an so Geschichtsträchtigen Orten zu sein und sich vorzustellen das Elvis auch hier war.

Zu Fuss ging es weiter ins Peabody Hotel. Jeden Tag werden dort die Hauseigenen Enten im Springbrunnen in der Hotelbar für eine weile vom Dach geholt. Erstanden in den 30er Jahren dank Alkohol vom Manager.

ZNacht gab es im Gus’s World Famous Fries Chicken. Hot and spicy Chicken wirklich sehr gut. Klein aber fein, Tipp.

Auf dem Rückweg noch in der Beale Street vorbei geschaut. Bars und Livemusik an jeder Ecke und viel Leben. Per Zufall war auch noch ein Motorradtreffen oder so. Die ganze Strasse war voll mit Motorrädern, die meisten natürlich Harley Davidson. Herrlich anzuschauen und zu hören.

Georgia on my mind: Atlanta & Stone Mountain

IMG_4004

America, welcome back! Po 13 godzinach lotu, z przesiadką w Toronto, wylądowaliśmy w Atlancie, stolicy stanu Georgia (Peach State). Przyznam, że do tej pory to miasto kojarzyło mi się głównie z olimpijskimi sukcesami Polaków i Edzią Górniak śpiewającą “To Atlanta.. gdy śpiewają stadiony, milkną wojny” ;) No i może jeszcze z “Przeminęło z wiatrem” i “The Walking Dead” (btw nie spotkaliśmy żadnego zombiaka).

Atlanta to stolica południowych Stanów. Pierwsze wrażenie – jak tu zielono! Zupełnie inaczej niż na Dzikim Zachodzie :) Lonely Planet pisze, że to otwarte, kreatywne miasto, które jest “too busy to hate”. To tutaj powstała Coca Cola i znajdują się główne siedziby amerykańskich gigantów – m.in. CNN i lini lotniczych Delta. Tu urodził się Martin Luther King. Z drugiej strony, jak przystało na Południe, czuje się konserwatywny klimacik (piwo tylko po okazaniu dowodu, nieważne, ile masz lat, a są miejsca, gdzie alkoholu nie serwują wcale) i jest pobożnie (pełno kościołów na przedmieściach i In God we trust na co drugich blachach aut).

Wizytę w Atlancie zaczęliśmy od słynnego akwarium, które aż do 2015 r. było największe na świecie (potem przegoniło je to w Singapurze). Początkowo wcale nie chcieliśmy tam iść, no bo rybki oglądać, eeee. A miejsce jest niesamowite! Największe wrażenie robi przeszklony tunel, gdzie nad głowami pływały nam rekiny wielorybie :) Absolutne must see!

Dla mnie oczywiście najważniejsze było CNN :) Niestety nie udało mi się zobaczyć przy pracy ani Andersona Coopera ani Wolfa Blitzera.. Wielka Sobota, popołudnie, było trochę sennie i pustawo. Wycieczka trwała zaledwie 50 minut, podejrzeliśmy reżyserkę przed wejściem na wizję, zajrzeliśmy przez szybę do newsroomów, a na koniec obejrzeliśmy propagandowy filmik “jacy to jesteśmy zajebiści”. Spodziewałam się nieco więcej, ale.. zawsze chciałam tam trafić i byłam! ;) Z ciekawych rzeczy, dowiedziałam się, że CNN nie nadaje live na lotniskach.

Niedzielę Wielkanocną zaczęliśmy typowym amerykańskim śniadaniem (przynajmniej były jajka) i wizytą w World of Coca Cola. Już na wejściu, kiedy zdarli nam etykietkę z butelki z wodą, poczuliśmy, że jesteśmy w świątyni ;) Tutaj propagandowy filmik był na początku. Co jak co, ale to mistrzowie marketingu. Najfajniejsza ze wszystkiego była degustacja napojów z różnych części świata (niektóre smakowały bardzo dziwnie) i możliwość zaprojektowania własnej butelki coli. Poza tym dużo ciekawych historii, np. o tym, jak to Pemberton sprzedał prawa do butelkowania napoju za 1 dolara, bo nie wierzył, że to ma przyszłość ;) Albo o wielkim skandalu i narodowych protestach, kiedy w 1985 r. firma poinformowała o zmianie receptury.

Miejsce, które “odkryliśmy”, bo nie piszą o nim w przewodnikach (a przynajmniej nie w naszym) to Stone Mountain Park. Na górze, która wyrasta nagle z płaskich, zalesionych okolic Atlanty, na wysokości 513 m npm. wyryto największą płaskorzeźbę na świecie (!) przedstawiającą prezydenta Jeffersona Davisa i dwóch generałów: Roberta E. Lee i Thomasa J. Jacksona. Monolit został częściowo opłacony przez Ku Klux Klan, który w tym właśnie miejscu w 1915 r. reaktywował swoją działalność.

Atlanta sprawia wrażenie przyjemnego miasta i na pewno ma więcej do zaoferowania niż to, co udało nam się zobaczyć w dwa dni. W poniedziałek kierujemy się na północ, na mały trekking w Appalachach, a poźniej dalej na zachód do Memphis.

 

Welcome back Amerika. Nach 13 Stunden unterwegs mit Zwischenlandung in Toronto sind wir am Karfreitag um 17 Uhr Ortszeit in Atlanta gelandet. 15 Minuten mit dem Shuttlebus bis zur Mietautostation auf einem der grössten Flughafen der Welt ist nicht sooo lange. Erst nach Verhandlungen bekamen wir einen Buick anstelle von einem Kia. Wenn schon wollen wir in einem Amerikanischem Auto fahren.

Am Abend trafen wir Markus Burri mit seiner Schwester und deren Kindern die auch zu Besuch waren. Wegen Ihm sind wir überhaupt nach Atlanta geflogen. Ausser Coca Cola, CNN und den Olympischen Spielen 1996 haben wir nicht viel gekannt. Zum essen gingen wir natürlich in ein Barbecue Restaurant. Die Freude bei unserer Vegetarierin hielt sich in Grenzen.

Am Samstag ging es früh in die City. Im Zentrum ist alles wichtige in Gehdistanz. Im Parkhaus von Coca Cola parkiert man für 10 Dollar den ganzen Tag.
Als erstes gingen wir ins Georgia Aquarium, das Zweitgrösste der Welt. Ein riesiges Becken mit einem Glastunnel verschlug uns den Atem. 4 Wahlhaie, Mantarochen, kleinere Haie, Schildkröten und viele Fische begegneten uns. Wahnsinn! Das muss man gesehen haben. Besonders wenn man selber nicht taucht. Auch die Beluga Wale waren eindrücklich. Das Aquarium ein must see in Atlanta.
Danach ging es zu CNN für eine Tour die Markus für uns gebucht hat. Diese war nach dem Aquarium nicht mehr so wow, aber trotzdem interessant. Wie überall in Amerika alles grosse Show mit motivierten Mitarbeitern. 50 Minuten gingen schnell vorbei, aber das wars dann auch. Am Abend noch vietnamesisch Essen mit anschliessender Suche nach einem guten Kaffee.

Sonntag nochmals in die City für Coca Cola World. Wir hatten übrigens einen Citypass gekauft für 75 Dollar mit allen Eintritten wo wir waren und noch einigen mehr. Zu empfehlen. Auch wieder grosse Show mit kommerziellem Film und vielen Werbeartikel zu kaufen. Interessant die Geschichte von Coca Cola und Details die man nicht unbedingt weiss. Zum Bespiel hat den Verkauf in Flaschen nicht als wichtig empfunden und die Produktion für 1 Dollar verkauft. Er sah keine Zukunft für diese neue Verpackungsform. Wie man heute weiss war das ein Fehler.

Nach der City zog es uns aufs Land zum Stone Mountain Park im Osten der Stadt. Ein riesiger Monolith aus Granit steht mitten im Wald. 8 Kilometer Umfang und ca. 250 Meter hoch über dem Grund. Man kann nach oben laufen, und Garaventa sei Dank, gibt es eine Seilbahn nach oben. Wir haben uns für die Seilbahn entschieden da es schlicht zu heiss war zum laufen (27 Grad und lange Hosen). Die Aussicht war super. Die Skyline von Atlanta im Westen und rundherum nur Wald. Wirklich nur Wald. Ab und zu ein paar Häuser oder Industrieanlagen, aber sonst nur Wald. Bei klarem Wetter sieht man die Bergkette im Norden, die Appalachen. Aber zu denen dann morgen mehr.
Leider war das Essen nicht der Hammer. Aber wenn man Hunger hat….

Am Abend nochmals Essen mit Markus bevor es dann am Montag mit unserer Tour losgeht. Wanderung in den Blood Mountains.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

City of the world

In 27 days we will be in New York. I must admit I’m a little bit nervous about visiting this city (and it’s not because I’m turning 30 while I’m there ;)). I’m sure that after we leave I will have feeling that what I’ve seen was only a foretaste of what this city can give me. “When you leave New York you ain’t going anywhere” Jimmy Breslin said..

To get myself in a NYC mood I start with a book of Magdalena Rittenhouse. I’m open for every suggestions of what more is worth reading and any tips what needs to be seen. Let’s start with study a map :)

Btw, we have our apartment in Brooklyn :)