Space days – Cape Canaveral

IMG_7562

Kennedy Space Center, wieder ein “must see” in Florida.
Am Sonntag um 7 Uhr am Morgen war ein Start einer Rakete angekündigt. Wir standen also um 4 Uhr auf und machten uns auf den Weg von Stuart nach Titusville. Von dort hat man eine gute Sicht auf die Startplattform. Zuerst wollten wir an den Playalinda Beach wo viel näher ist, aber seit ein paar Jahren kann man dort nicht mehr hin während einem Start.
Wir warteten also auf den Start doch 1:30 Minuten vor dem Start gab es ein Startabbruch wegen einem Sensorwert der nicht in der Toleranz war. Nächster Start am Montag um
7 Uhr. Wir beschlossen es dann nochmal zu versuchen. Wann hat man schon die Möglichkeit einen Start einer Rakete live zu verfolgen?

Nach einem Frühstück machten wir uns auf den Weg zum Kennedy Space Center. Eintritt kostet 50 Dollar aber es lohnt sich. Gleich nach dem Eingang gibt es einen “Rocketpark” mit verschiedenen Raketen in Originalgrösse. Als erstes machten wir eine Bustour über das Gelände mit Stopp im Appollo/Saturn Center wo die ganze Geschichte der Appollo Flüge inklusive Mondlandung gezeigt wird. Die fahrt im Bus war beeindruckend. Die Grösse des Geländes, einer mobilen Startplattform wo die Raketen zum Startplatz gefahren werden und die Halle wo die Raketen vorbereitet werden ist Wahnsinn. Die Halle ist eine der grössten freistehenden Hallen der Welt. Wir sahen auch einige Alligatoren in den Kanälen. In den Everglades sahen wir keine. Es genügt also das Space Center zu Besuchen um alles zu sehen.
Im Apollo Center war eine Saturn 5 Rakete aufgestellt so dass man die Grösse wahrnehmen konnte. Es gab viel interessantes zu sehen und die ca. 1,5 Stunden vergingen wie im Flug.
Zurück im Space Center die nächste Attraktion, das Space Shuttle Gebäude. Steht doch da wirklich die originale Raumfähre Atlantis im Haus. Auch hier wird einem alles über die Entstehung und Geschichte des Space Shuttle Programms erklärt. Alle Shuttles mit deren einzelnen Historie. Für Gamer hat es in allen Bereichen auch spiele wie zum Beispiel Shuttle landen, Raumfähre an Raumstation andocken usw. Für Kinder also auch empfehlenswert.
Das Marsprogramm wurde auch noch in einer eigenen Halle vorgestellt. Dies wird sich zeigen in der Zukunft ob es mal funktioniert einen Menschen auf den Mars zu fliegen. Die NASA hat es jedenfalls vor….
Es gab noch einiges mehr wie die Helden- und Legendenhalle. Dies interessierte uns aber weniger.

Zum Übernachten fuhren wir nach Daytona Beach. Vorbei am Speedway zu unserem Hotel direkt an der Beach. Auf dem Speedway kann jedermann fahren für ,je nach dem was er will, bis zu 2000 Dollar. Dies liessen wir aber bleiben mit unserem Mietwagen.
An der Beach windete es sehr fest so dass wir eine kleine Pause gönnten bevor wir essen gingen. Wir mussten ja auch wieder um 5 Uhr aufstehen für den Start der Rakete.

Um 7 Uhr standen wir wieder am gleichen Ort bereit und hofften auf einen Start. Punkt 7:15 Uhr hob sie ab und wir filmten und fotografierten so viel wie möglich. Es waren ein paar Kilometer Distanz dazwischen, trotzdem gelangen uns ein paar gute Fotos. Wie es war? WOW!!! Es ging alles schnell, trotzdem wir haben die Rakete ziemlich lange am Himmel verfolgen können. Durch die Distanz kam das Geräusch der Rakete mit Verzögerung an, Bummm.
Nach 9 Minuten kam die 1. Stufe der Rakete wieder zurück und landete wieder am Boden. Sie kann wiederverwendet werden und soll so Geld sparen. Dies die Besonderheit der Falcon 9 Rakete von der Firma SpaceX. Diese gehört auch Elon Musk, dem Gründer von Tesla Automobilen. Es war das erste mal das SpaceX einen US Militärsatelliten ins All beförderte.
Dieses Ereignis zusammen mit dem Besuch im Space Center hat mich sehr beeindruckt und ich werde noch lange daran denken.


Ostatnie dwa dni spędziliśmy w kosmosie! A dokładniej, na Przylądku Canaveral, gdzie działy się i wciąż dzieją wszystkie najważniejsze kosmiczne historie. Obowiązkowo planowaliśmy odwiedzić Kennedy Space Center (KSC). Nie wiedzieliśmy natomiast, że gwoździem programu stanie się dla nas.. wystrzelenie rakiety na orbitę!! Tak, byliśmy tam i widzieliśmy to! :D Ale, od początku..

Któregoś dnia wchodzimy sobie na stronę KSC, żeby zobaczyć, ile kosztują bilety. A tam odliczanie – 2 dni, 13 godzin i parę minut do startu rakiety Falcon 9. Szybki rachunek w głowie.. aaaaaaaa – to dokładnie wtedy, kiedy tam będziemy! Czy można mieć większego farta? :) Zaczęło się szukanie najlepszej miejscówki. Niestety, najbliższa miejsca wystrzału plaża Playalinda została zamknięta przez NASA ze względów bezpieczeństwa. Nasz wybór padł na Space View Park w Titusville. Dość daleko, ale niestety bliżej się nie dało.. Okno na start rakiety wyznaczono na 7.00-9.00, więc musieliśmy wstać o 4, żeby zdążyć dojechać na czas.. Ale czego się nie robi dla takich atrakcji. Ponieważ była niedziela rano, na miejscu zebrało się trochę ludzi z lornetkami i aparatami. Znaleźliśmy dobry punkt obserwacyjny na molo i czekaliśmy na odliczanie. 3 minuty do startu, 2, 1,5..   i.. abort :(((( Niestety.. problemy z sensorem – start odwołany. Kolejne okno – w poniedziałek. To znaczy, że wciąż mamy szansę! :D

Nieco rozczarowani pojechaliśmy do Kennedy Space Center.  Wstęp kosztuje 50 dolarów, ale naprawdę warto zapłacić te pieniądze. To do tej pory chyba najlepsza płatna atrakcja podczas tej wyprawy (dla mnie, u Thomas wciąż wygrywa akwarium w Atlancie ;)). W KSC spędziliśmy ponad 5 godzin, a można spokojnie i cały dzień. Autobus zabrał nas najpierw na objazd po terenie NASA, a tam ogromny hangar, gdzie składane są rakiety przed startem (największa wolnostojąca hala na świecie), platformy, na których są przewożone na start i wyrzutnia, gdzie stała rakieta, na której wystrzał czekaliśmy rano. To miejsce naprawdę robi wrażenie! Po drodze przystanek w Apollo Center, gdzie obejrzeliśmy rakietę Saturn 5, która wykorzystywana była podczas amerykańskiej misji lotów na Księżyc w latach 1967-1973. Byliśmy też w stacji kontroli lotów, gdzie obejrzeliśmy symulację startu Apollo 8 z 24 grudnia 1968 r., pierwszej misji, która wyniosła ludzi poza orbitę okołoziemską. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że Amerykanie potrafią robić show. A ja, jako kompletny laik w tematach kosmicznych, przy okazji czegoś się nauczyłam ;) Poza tym jeszcze z ciekawszych atrakcji KSC: park rakiet, no i oczywiście wahadłowiec Atlantis. Byliśmy też w symulatorze lotów kosmicznych, fajna zabawa ;) Jest też cała część poświęcona misji NASA na Marsie, a poza tym wiele fajnych ekspozycji, gdzie można się naprawdę sporo dowiedzieć o tym, jak to wszystko działa, jak wygląda praca austronauty od kuchni (w restauracji serwują nawet dania z sałatą, która wyrosła w kosmosie ;)), można wejść do statku kosmicznego, pobawić się w pilota, przejść trening przed lotem w kosmos.. Naprawdę jest co robić. Bardzo mocno polecam.

No to teraz najważniejsze – rakieta! Poniedziałek, to samo miejsce, ten sam czas.. Tym razem się udało! Z daleka rakieta wyglądała jak mała ognista kulka, ale z odpowiednim zoomem w aparacie, można nawet coś tam zobaczyć :) Lot trwał kilka minut, potem rakieta zniknęła, a za kolejnych kilka minut wróciła i wylądowała bezpiecznie na Atlantyku. Ot, cała kosmiczna operacja ;) To był pierwszy start rakiety Falcon 9, wyprodukowanej przez firmę SpaceX, tą samą, która robi samochody elektryczne Tesla. Jak poinformowała później NASA, rakieta umieściła na orbicie “tajny ładunek wojskowy dla Narodowego Biura Rozpoznania USA”, czyli szpieg! I my to widzieliśmy! Dużo emocji, fajne przeżycie, będzie co opowiadać w domu starców ;)

A tu jeszcze filmik ze startu rakiety, nakręcony przez NASA (tylko trochę lepszy od naszego ;)).

 

Po tych kosmicznych emocjach, pojechaliśmy trochę ochłonąć na Daytona Beach, okrzykniętą “najsłynniejszą plażą na świecie”. To tutaj amerykańskie nastolatki ostro imprezują podczas przerwy wiosennej, odbywają się zloty motocyklistów i legendarny rajd samochodów NASCAR Daytona500. Plaża rocznie przypuszcza szturm 8 milionów turystów. Ale, jak się przekonaliśmy, poza sezonem jest tu pusto i głucho.. Tylko od czasu do czasu jakiś turysta przyszpanuje terenówką i zimnym łokciem (dozwolona jest tu jazda autem po plaży, nie wiem jaki ma to sens, ale wielu z tej możliwości korzysta). Hotele, wąska plaża, sklepy z głupimi koszulkami, zamknięte wesołe miasteczko – ogólnie nic ciekawego. Ponieważ wieczorem zerwał się bardzo silny wiatr, przeszliśmy się tylko chwilę po promenadzie, zjedliśmy kraba (ooo, to była dopiero operacja – więcej w osobnym odcinku kulinarnym) i.. spaaaać! We wtorek rano opuściliśmy Florydę. Przed nami ostatnia prosta przed powrotem do Atlanty – Savannah i Charleston.

 

Advertisements

Miami & Key West

IMG_4675

Po kilku dniach spędzonych w Miami prawie nauczyliśmy się hiszpańskiego :) Miasto milionerów, hoteli-kolosów i sceneria raperskich teledysków rzeczywiście klimatem bardziej przypomina Kubę niż te Stany, które do tej pory poznaliśmy. Żar tropików, palmy, Latynosi.. Wikipedia mówi, że tylko 30 proc. mieszkańców mówi na co dzień po angielsku. Są miejsca, gdzie naprawdę trudno się dogadać, na szczęście “dos empanadas” wystarczy, żeby nie umrzeć z głodu ;)

Miami już na samym początku oszołomiło mnie architekturą. Wjechaliśmy do Miami Beach i nagle zrobiło się ciemno.. Wzdłuż jednej z głównych ulic – Collins Street – białe olbrzymy tworzą mur, za którym jest już tylko piasek i Atlantyk. Mieszkaliśmy na North Beach, wystarczyło przejść przez ulicę i byliśmy na plaży, tej mniej popularnej i mniej turystycznej niż South Beach, ale za to z bardziej lokalnym smaczkiem.

Mieszkańcy Miami dużo się ruszają i wydają się nieczuli na ponad 30-stopniowe upały (nie chce wiedzieć, jak tu jest latem), za co ich szczerze podziwiam. Biegaczy i rowerzystów widać o każdej porze dnia, a strój sportowy obowiązuje nawet wieczorami w restauracjach. Z praktycznych informacji turystycznych – po mieście można się poruszać za darmo śmiesznymi, staromodnymi Miami Beach Trolleys (niestety odkryliśmy to dopiero w ostatni wieczór).

Miami to nie tylko plaże, choć to wokół nich toczy się w dużej mierze życie miasta. South Beach to dla mnie przede wszystkim wspaniała architektura Art Deco – Miami w takim stylu zostało odbudowane po wielkim huraganie w 1926 r. Są i bardziej współczesne architektoniczne perełki, jak budynek sali koncertowej New World Center projektu Franka Gehry. South Beach to też słynna ulica Ocean Drive, gdzie dniem i nocą paradują ludzie i auta, tam są też najbardziej turystyczne bary i restauracje (uwaga na ceny!). Za dnia jest nawet dość przyjemnie, nocą to miejsce staje się nie do zniesienia. Starsi panowie z wężami na szyjach, półnagie panny (widoku niektórych nie da się niestety odzobaczyć), pijani turyści, a wszystko okraszone porządną dawką decybeli latynoskich hitów. Plus gęste, wilgotne powietrze. Dla mnie mieszanka wybuchowa.

Idealnie czułam się za to w Wynwood, alternatywnej dzielnicy leżącej niedaleko Downtown Miami. Kolorowe murale, galerie sztuki, dizajnerskie butiki i knajpy. Oooo tak! Mocno tam hipstersko, ale to dobra odskocznia od klimatów beach latino. Przy okazji, w drodze do Wynwood przeszliśmy przez całą Little Haiti (podkreślam: przeszliśmy – co już wzbudza podejrzenia, jak to tak chodzić, skoro można jechać autem) – lepiej omijać z daleka. To drugie oblicze Miami – tak zresztą, jak i każdego dużego, nie tylko amerykańskiego miasta.

Jedzenie w Miami – to temat na osobny rozdział! Kuchnia kubańska, karaibska, brazylijska.. mmmm.. Sporo kulinarnych inspiracji, do przetestowania w domu :) Miami, z całym swoim luzem i latino glamour, ma coś, co przyciąga i sprawia, że chce się tam być. Śniadanie na plaży, kąpiel w oceanie, litrowa margharita na Ocean Drive, kolacja w małej kubańskiej knajpie, gdzie nikt nie mówi po angielsku, i te ogromne białe hotele.. – to wspomnienia, które długo we mnie zostaną.

Po Miami przyszedł czas na Florida Keys. Postanowiliśmy dojechać aż do ostatniej wysepki, czyli Key West, gdzie znajduje się najdalej na południe wysunięty punkt kontynentalnych Stanów. Stąd do Kuby jest już tylko 90 mil (ok. 140 km). Droga na Key West jest dość monotonna i powolna (większość jedzie się tylko jednym pasem ruchu) choć woda (po lewej stronie Atlantyk, po prawej Zatoka Meksykańska) ma tutaj piękny jasnoturkusowy odcień. Od ostatniego miasta na kontynencie, Florida City, do samego końca archipelagu wysp (zostały połączone w 1910 r., początkowo drogą kolejową, dopóki nie zniszczył jej huragan – do dzisiaj widać pozostałości zburzonych mostów kolejowych) są dokładnie 126 mile i 42 mosty.. Zerowa mila znajduje się w Key West.

Tutaj to już Kuba na całego! Urocze kolorowe, drewniane domki, bujna roślinność, kokosy sprzedawane za 5 dolarów(!) na ulicach, zapach morza i kurortowy luz-blues. I wilgotny, klejący upał.. :/ Pierwsze co pobiegłam oczywiście do domu Ernesta Hemingwaya! Mieszkał tu w latach 1931-1939 i tu napisał m.in. “Komu bije dzwon” i “Śniegi Kilimandżaro”. Cały dom i ogród opanowany jest przez słynne sześciopalczaste koty, jest ich tu aż ok. 50, choć większość się chowa. Po wizycie w domu, można strzelić szklankę rumu w Sloppy Joe Bar, którego Hemingway był stałym rezydentem (w czasach Wielkiej Depresji tylko jego stać było na picie). Pisarz był tak związany z tym miejscem, że przy basenie, który kosztował go 20 tys. dolarów (za dom zapłacił tylko 8 tys.) zbudował sobie fontannę z przytarganego z baru sedesu..

Key West na pierwszy rzut oka wydaje się cichym, sennym nadmorskim kurortem, ale wystarczy poczekać do zachodu słońca i przejść się główną Duval Street w kierunku morza, a odkrywa się drugie oblicze miasteczka. Oblicze turystyczno-imprezowe. Lokalsi ponoć bardzo nie lubią Duval i jej okolic, co im wcale nie przeszkadza się tu dobrze bawić. Wieczorem poszliśmy na Mallory Square, obejrzeć zachód słońca na molo i trafiliśmy na wielką imprezę, z pokazami lotniczymi i inscenizacją bitwy morskiej :D Okazało się, że załapaliśmy się na obchody 35. rocznicy proklamacji Conch Republic (Republiki Muszli) – samozwańczego państwa, które stworzyli sobie mieszkańcy archipelagu Florida Keys w proteście przeciwko amerykańskiej polityce antymigracyjnej w latach 80. XX wieku. Niby takie śmichy chichy, ale Republika ma nawet swój hymn i wydaje paszporty. Choć trudno powiedzieć, czy to lokalny patriotyzm czy tylko historyjka dla turystów.

Key West to mekka rybaków, artystów, tułaczy, wolnych duchów i freaków ze Stanów i całego świata. Takich, jak poznana przez nas para – Brazylijka i Amerykanin z Utah. Przyjechali kiedyś na weekend i tak zostali, już od siedmiu lat mieszkają na łódce. Bawią się w piratów, uczą nurkowania, grają w siatkówkę, pływają i piją ;) Twierdzą, że na Key West ludzie nie mają problemów, no może z wyjątkiem upałów i czasem zbyt silnego wiatru, ale do tego przecież można się przyzwyczaić. Key West nas urzekło, może nawet byśmy tu dobrze pasowali ;) Następnym razem na pewno zostaniemy dłużej.

Z pewnym niedosytem wróciliśmy do Miami i pojechaliśmy dalej na północ, w kierunku Cape Canaveral. Po drodze zatrzymaliśmy się w Palm Beach obejrzeć słynny historyczny hotel The Breakers (tak, kochamy hotele!). Budynek otwarto w 1896 roku, a w latach 20. XX wieku odbudowano, po tym, jak strawił go pożar. Został zaprojektowany na wzór rzymskiej Villa Medici i jest naprawdę spektakularny, zarówno z zewnątrz, jak i w środku. Najtańszy pokój kosztuje ponad 800 dolarów za noc.. więc ze spuszczonymi głowami udaliśmy się do obskurnego motelu w miejscowości o nic niemówiącej nazwie Stuart w samym środku niczego (wymuszona kolacja w Macu, nic innego nie było w pobliżu). Przed nami kilka ostatnich dni w Stanach, podczas których jeszcze sporo się wydarzy. Stay tuned!

 

 

Miami, das kommt mir spanisch vor….

Welcome to Miami, oder so. Man spricht hier Spanisch, überall, wirklich überall. 70% der Leute in Miami sprechen Spanisch. Vielleicht versteht mann mich hier besser weil alle mit einem Akzent englisch sprechen wie ich.

Das Wetter ist heiss und feucht, halt tropisch. Aber wenn ich den Wetterbericht aus der Schweiz sehe bin ich froh hier zu sein. Unser Hotel ist in North Beach und einen Katzensprung vom Strand entfernt. Ein Studiokomplex und sehr günstig (190 Dollar für 3 Nächte) Am ersten Tag machten wir uns mit dem Bus auf zu South Beach, dem Art Deco District und Ocean Drive. Unterwegs viele Hotels, Villen mit den passenden Jachten davor. Wirklich schön und beeindruckend. Wir machten uns zu Fuss auf den Weg im Art Deco District. Sehr schöne Häuser aus den Anfangszeiten des Tourismus in Miami (20er bis 40er Jahre). Sehr farbig und voller Leben. Am Ocean Drive genehmigten wir uns am Nachmittag einen Drink und etwas zu essen.

Zweiter Tag Richtung Downtown mit Bus und zu Fuss zum Wynwood Viertel. Wir mussten ziemlich weit laufen und trafen fast niemanden unterwegs. Amerika ist ein Land der Autofahrer. Es war aber auch sehr heiss…..

Das ganze Wynwood Viertel ist voll mit Mural. Jedes Gebäude hat mindestens eine Wand die mit irgendetwas bemalt ist. Sehr interessant und abwechslungsreich. Man kann Stunden dort verbringen.

Am Abend ging es zurück zum Ocean Drive um das Nachtleben zu spüren. Nun, wir sind wohl etwas zu alt oder wir waren zu müde. Es war zu viel von allem: Menschen, Musik, Lärm und Essen. Wir assen wohl die teuerste Paella der Welt. 150 Dollar!! Man sollte halt vorher fragen wie viel sie kostet…selber Schuld. Man merkte dass das Personal nur auf das Geld der Besucher aus war. Wieder etwas gelernt.

Nun ab in den südlichsten Süden der USA, Key West. Nach ca. 3,5 Stunden fahrt erreichten wir Key West über 42 Brücken nach dem Mittag. Wir hatten eine kleine Unterkunft im alten Teil der Stadt. Zu Fuss waren alle Sehenswürdigkeiten erreichbar. Nur 5 Minuten zum Ernest Hemingway Haus wo er zwischen 1931 und 1939 lebte. Sehr spannend die Geschichte um Ihn zu erleben. Auch viele Katzen leben immer noch hier auf seinem Areal. Er hatte wirklich ein Leben das ziemlich viele von uns wünschen. Am Morgen schreiben, am Nachmittag fischen und am Abend in der Sloppy Joe Bar trinken. Diese Besuchten wir auch noch am Abend. Sie liegt in der Duval Street, einer Hauptstrasse wo sich das Leben in der Nacht abspielt. Ähnlich der Bourbon Street in New Orleans, einfach kleiner.

Wir hatten Glück da an diesem Tag im Hafen noch der Independence Day von Key West gefeiert wird. 1982 haben die Leute von Key West die Conch Republic gegründet, die Unabhängigkeit. Weil die USA eine Brücke nach Key West gesperrt hatten, um Imigranten den Weg zu versperren, Gründeten Sie aus Protest die Republik. Um dies zu feiern bekämpfen sich zwei Gruppen auf Booten mit grossen Wasserwerfern bis ein Team gewonnen hat. Bin nicht wirklich hinter die Regeln gekommen war aber Lustig.

Am südlichsten Punkt waren wir natürlich auch. Auch wenn er nicht wirklich der Südlichste ist. Der liegt leider auf dem Areal des Militärs und ist nicht besuchbar.

Witzig auch die vielen Hühner und Hähne die frei umherlaufen und am Morgen hört man den Hahn krähen. Man fühlt sich wie auf einem Bauernhof.

Nach Key West geht es wieder Richtung Norden. Halt in Palm Beach, nicht um Trump zu besuchen. Der ist gerade nicht da. Nein, das Breakers Hotel wollten wir uns anschauen. Ein Beeindruckender Bau nach italienischem Vorbild im Jahr 1896 gebaut worden. Must see wenn man dort ist. Luxus pur in allen Bereichen, sogar auf den Toiletten die wir besuchten….. Gerne wären wir geblieben, aber die 800 Dollar für eine Nacht war uns doch etwas zu viel.

Nach einem Imbiss fuhren wir noch das letzte Stück bis nach Stuart zu unserem Nachtqaurtier. Nicht so wie das Breakers, aber für 72 Dollar erwarten wir das auch nicht.

Gulf of Mexico & Everglades

IMG_7063

Ostatnie kilka dni spędziliśmy w drodze, z kilkoma przerwami na odpoczynek. Jako że jesteśmy już na Florydzie, jest gorąco, wszędzie palmy, plaże i emeryci :) Ale jakie plaże!

Pierwszy przystanek za Nowym Orleanem to był Fort Walton Beach – niewielka miejscowość nad Zatoką Meksykańską. Pierwszy raz w tym roku poczułam piasek pod stopami, a piasek tu jest biały jak śnieg (lub, jak twierdzą niektórzy, jak kokaina ;)) i ma konsystencję mąki (lub wiadomo czego..) ;) Woda ma niesamowity, zielono-turkusowy odcień i tak, jak nie przepadam za plażowaniem, to tu mogłabym spędzić chyba nawet całe wakacje – jest pięknie! Niestety, czas goni..

Z Fort Walton udaliśmy się dalej na wschód do St Petersburga. Po drodze wjechaliśmy na Scenic Highway 30A, która prowadzi wzdłuż wybrzeża, z niekończącymi się białymi plażami i uroczymi kolorowymi, drewnianymi domkami (kilka udało mi się uchwycić na zdjęciach). To jest dokładnie mój klimat! Jako dziewczę znad morza, na Florydzie czuję się jak ryba w wodzie ;) Gdyby jeszcze tylko było z kilka stopni C mniej.. :/ W St Petersburgu zostaliśmy dwie noce, w bardzo przyjemnie położonym resorcie, gdzie po kilku noclegach w obskurnych motelach, mogliśmy nareszcie poczuć się, jak prawdziwi turyści. Wystarczyło, że przeszliśmy przez ulicę i już byliśmy na szerokiej, pięknej plaży, z białym piaskiem i niesamowitymi zachodami słońca, a także – co ważne – fajnym barem  i rozrywkowymi ludźmi w rożnym wieku ;) Podróżowanie poza sezonem ma wiele uroków, wszędzie jest pusto, nie trzeba robić rezerwacji w restauracjach, ceny są niższe, można przyjrzeć się tym, którzy mieszkają tu na co dzień. Kwiecień to bardzo dobry czas na tę część Stanów.

Jeśli St Petersburg, to oczywiście Dali i muzeum, w którym znajduje się największa kolekcja jego prac poza Europą i największy na świecie zbiór tzw. arcydzieł, czyli dużych formatów. Prywatni kolekcjonerzy, małżeństwo Morse, wybrali to miejsce nie widzieć czemu, ale trzeba im przyznać, że mieli nosa – torreador pasuje do St Petersburga idealnie. Dali to moje wspomnienia z czasów liceum, kiedy uczyłam się o nim na zajęciach z historii sztuki i fascynowała mnie jego technika, wizje, styl życia. Teraz obrazy, które dotąd oglądałam tylko w albumach, zobaczyłam na żywo – dużo emocji :) Tym, którzy szukają jeszcze silniejszych wrażeń, polecam wirtualną wycieczkę 3D “w głąb” obrazu Archaeological Reminiscence of Millet’s “Angelus” – wow!

St Petersburg, zwany też Sunshine City, jest wpisany do księgi rekordów Guinnessa, jako miasto, w którym słońce świeciło nieprzerwanie przez 768 dni.. Hmm, chyba akurat mieliśmy pecha, bo kiedy my tu byliśmy było pochmurno i wiał bardzo silny wiatr.. Na szczęście w okolicy jest sporo dobrych restauracji i barów, więc jest co robić i przy mniej plażowej pogodzie.

Stąd już prosta droga do Miami, ale po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Park Narodowy Everglades, znany z dzikich zwierząt, głównie aligatorów (gator, gator!). Niestety (albo na szczęście) nie udało nam się żadnego spotkać, chociaż godzinny spływ poduszkowcem i naszego szalonego kapitana Marca będę wspominać jeszcze długo.. Nie polecam nikomu o słabych nerwach! Natura piękna, po drodze udało nam się zobaczyć delfiny i szopy!

Dzisiaj, czyli we wtorek, poźnym popołudniem dotarliśmy do Miami. To mniej więcej półmetek naszej podróży. Na liczniku już ok. 4 tys. km. Zostajemy tu przez najbliższe trzy dni, a potem ruszamy na sam południowy koniuszek Stanów, czyli Key West. Stamtąd już widać Kubę :D

 

 

Wir verlassen New Orleans traurig, aber freuen uns uns auf den Weg der vor uns liegt.
Am Golf von Mexico entlang fahren wir via den Staaten Mississippi und Alabama nach Florida. Zum übernachten machten wir halt in Fort Walton Beach. Eine Feriendestination vergleichbar zum Beispiel mit der Adria bei uns. Sehr schöner, weisser und feiner Sandstrand und das Meer angenehm warm.
Am nächsten Tag der Küste entlang und via Interstate 75 nach Sant Petersburg. Tampa als eine wichtige und grosse Stadt in Florida liessen wir links liegen.
Wir hatten eine kleine Unterkunft mit Sicht auf eine Bucht am St. Pete Beach. Sonnenuntergang an Strandbar inklusive.
Am folgenden Morgen machten wir uns auf in das Salvador Dali Museum. Es ist das zweitgrösste Dali Museum nach dem in seinem Heimatort Figueres (Spanien). Beeindruckende Bilder vom kleinen Bildchen bis zum Masterwork von einigen Quadratmetern. Man konnte sogar kostenlos einen Audioführer nehmen.
Am Nachmittag wollten wir uns am Strand erholen. Auch sehr feiner und weisser Sand. Jedoch machte uns der starke Wind einen Strich durch die Rechnung. Um vom Sand gestrahlt zu werden machten wir uns es auf unserer windgeschützten Terrasse im Hotel gemütlich.

Weiter Südwärts via Naples trafen wir am frühen Nachmittag in Everglades City ein. Wenn schon Florida dann mussten wir auch eine Airboat Tour machen. Es gibt verschiedene Möglichkeiten, Graslandschaft, Mangroven oder kombiniert. Wir entschieden uns für eine 1 Stünde Mangroventour. Kaum platzgenommen ging es schon los immer mit dem Lärm vom Motor und Propeller. Als erstes sahen wir Delphine, so nah, man konnte sie fast berühren. Den Wasserstrassen entlang ging es weiter in die Mangroven. Leider sahen wir keine Alligatoren, diese bevorzugen eher frischeres Wasser. Dafür trafen wir noch Waschbären in einer Lichtung. Nach nur 1 Stunde war es auch schon fertig. Nur zu empfehlen.

Gegen Abend trafen wir dann in Miami Beach in unserer Unterkunft ein. Nach einem gemütlichen Abend mit Essen und Trinken freuen wir uns auf die nächsten zwei Tage in Miami.

Georgia on my mind: Atlanta & Stone Mountain

IMG_4004

America, welcome back! Po 13 godzinach lotu, z przesiadką w Toronto, wylądowaliśmy w Atlancie, stolicy stanu Georgia (Peach State). Przyznam, że do tej pory to miasto kojarzyło mi się głównie z olimpijskimi sukcesami Polaków i Edzią Górniak śpiewającą “To Atlanta.. gdy śpiewają stadiony, milkną wojny” ;) No i może jeszcze z “Przeminęło z wiatrem” i “The Walking Dead” (btw nie spotkaliśmy żadnego zombiaka).

Atlanta to stolica południowych Stanów. Pierwsze wrażenie – jak tu zielono! Zupełnie inaczej niż na Dzikim Zachodzie :) Lonely Planet pisze, że to otwarte, kreatywne miasto, które jest “too busy to hate”. To tutaj powstała Coca Cola i znajdują się główne siedziby amerykańskich gigantów – m.in. CNN i lini lotniczych Delta. Tu urodził się Martin Luther King. Z drugiej strony, jak przystało na Południe, czuje się konserwatywny klimacik (piwo tylko po okazaniu dowodu, nieważne, ile masz lat, a są miejsca, gdzie alkoholu nie serwują wcale) i jest pobożnie (pełno kościołów na przedmieściach i In God we trust na co drugich blachach aut).

Wizytę w Atlancie zaczęliśmy od słynnego akwarium, które aż do 2015 r. było największe na świecie (potem przegoniło je to w Singapurze). Początkowo wcale nie chcieliśmy tam iść, no bo rybki oglądać, eeee. A miejsce jest niesamowite! Największe wrażenie robi przeszklony tunel, gdzie nad głowami pływały nam rekiny wielorybie :) Absolutne must see!

Dla mnie oczywiście najważniejsze było CNN :) Niestety nie udało mi się zobaczyć przy pracy ani Andersona Coopera ani Wolfa Blitzera.. Wielka Sobota, popołudnie, było trochę sennie i pustawo. Wycieczka trwała zaledwie 50 minut, podejrzeliśmy reżyserkę przed wejściem na wizję, zajrzeliśmy przez szybę do newsroomów, a na koniec obejrzeliśmy propagandowy filmik “jacy to jesteśmy zajebiści”. Spodziewałam się nieco więcej, ale.. zawsze chciałam tam trafić i byłam! ;) Z ciekawych rzeczy, dowiedziałam się, że CNN nie nadaje live na lotniskach.

Niedzielę Wielkanocną zaczęliśmy typowym amerykańskim śniadaniem (przynajmniej były jajka) i wizytą w World of Coca Cola. Już na wejściu, kiedy zdarli nam etykietkę z butelki z wodą, poczuliśmy, że jesteśmy w świątyni ;) Tutaj propagandowy filmik był na początku. Co jak co, ale to mistrzowie marketingu. Najfajniejsza ze wszystkiego była degustacja napojów z różnych części świata (niektóre smakowały bardzo dziwnie) i możliwość zaprojektowania własnej butelki coli. Poza tym dużo ciekawych historii, np. o tym, jak to Pemberton sprzedał prawa do butelkowania napoju za 1 dolara, bo nie wierzył, że to ma przyszłość ;) Albo o wielkim skandalu i narodowych protestach, kiedy w 1985 r. firma poinformowała o zmianie receptury.

Miejsce, które “odkryliśmy”, bo nie piszą o nim w przewodnikach (a przynajmniej nie w naszym) to Stone Mountain Park. Na górze, która wyrasta nagle z płaskich, zalesionych okolic Atlanty, na wysokości 513 m npm. wyryto największą płaskorzeźbę na świecie (!) przedstawiającą prezydenta Jeffersona Davisa i dwóch generałów: Roberta E. Lee i Thomasa J. Jacksona. Monolit został częściowo opłacony przez Ku Klux Klan, który w tym właśnie miejscu w 1915 r. reaktywował swoją działalność.

Atlanta sprawia wrażenie przyjemnego miasta i na pewno ma więcej do zaoferowania niż to, co udało nam się zobaczyć w dwa dni. W poniedziałek kierujemy się na północ, na mały trekking w Appalachach, a poźniej dalej na zachód do Memphis.

 

Welcome back Amerika. Nach 13 Stunden unterwegs mit Zwischenlandung in Toronto sind wir am Karfreitag um 17 Uhr Ortszeit in Atlanta gelandet. 15 Minuten mit dem Shuttlebus bis zur Mietautostation auf einem der grössten Flughafen der Welt ist nicht sooo lange. Erst nach Verhandlungen bekamen wir einen Buick anstelle von einem Kia. Wenn schon wollen wir in einem Amerikanischem Auto fahren.

Am Abend trafen wir Markus Burri mit seiner Schwester und deren Kindern die auch zu Besuch waren. Wegen Ihm sind wir überhaupt nach Atlanta geflogen. Ausser Coca Cola, CNN und den Olympischen Spielen 1996 haben wir nicht viel gekannt. Zum essen gingen wir natürlich in ein Barbecue Restaurant. Die Freude bei unserer Vegetarierin hielt sich in Grenzen.

Am Samstag ging es früh in die City. Im Zentrum ist alles wichtige in Gehdistanz. Im Parkhaus von Coca Cola parkiert man für 10 Dollar den ganzen Tag.
Als erstes gingen wir ins Georgia Aquarium, das Zweitgrösste der Welt. Ein riesiges Becken mit einem Glastunnel verschlug uns den Atem. 4 Wahlhaie, Mantarochen, kleinere Haie, Schildkröten und viele Fische begegneten uns. Wahnsinn! Das muss man gesehen haben. Besonders wenn man selber nicht taucht. Auch die Beluga Wale waren eindrücklich. Das Aquarium ein must see in Atlanta.
Danach ging es zu CNN für eine Tour die Markus für uns gebucht hat. Diese war nach dem Aquarium nicht mehr so wow, aber trotzdem interessant. Wie überall in Amerika alles grosse Show mit motivierten Mitarbeitern. 50 Minuten gingen schnell vorbei, aber das wars dann auch. Am Abend noch vietnamesisch Essen mit anschliessender Suche nach einem guten Kaffee.

Sonntag nochmals in die City für Coca Cola World. Wir hatten übrigens einen Citypass gekauft für 75 Dollar mit allen Eintritten wo wir waren und noch einigen mehr. Zu empfehlen. Auch wieder grosse Show mit kommerziellem Film und vielen Werbeartikel zu kaufen. Interessant die Geschichte von Coca Cola und Details die man nicht unbedingt weiss. Zum Bespiel hat den Verkauf in Flaschen nicht als wichtig empfunden und die Produktion für 1 Dollar verkauft. Er sah keine Zukunft für diese neue Verpackungsform. Wie man heute weiss war das ein Fehler.

Nach der City zog es uns aufs Land zum Stone Mountain Park im Osten der Stadt. Ein riesiger Monolith aus Granit steht mitten im Wald. 8 Kilometer Umfang und ca. 250 Meter hoch über dem Grund. Man kann nach oben laufen, und Garaventa sei Dank, gibt es eine Seilbahn nach oben. Wir haben uns für die Seilbahn entschieden da es schlicht zu heiss war zum laufen (27 Grad und lange Hosen). Die Aussicht war super. Die Skyline von Atlanta im Westen und rundherum nur Wald. Wirklich nur Wald. Ab und zu ein paar Häuser oder Industrieanlagen, aber sonst nur Wald. Bei klarem Wetter sieht man die Bergkette im Norden, die Appalachen. Aber zu denen dann morgen mehr.
Leider war das Essen nicht der Hammer. Aber wenn man Hunger hat….

Am Abend nochmals Essen mit Markus bevor es dann am Montag mit unserer Tour losgeht. Wanderung in den Blood Mountains.